Zbigniew Górniak: To se ne vrati?

Redakcja Indexu zaprosiła mnie w specyficzną podróż w przeszłość. Sam sobie miałem być maszynistą, konduktorem i pasażerem. I jeszcze tym facetem, który w Warsie leje wódkę spod lady. Dziękuję
serdecznie za patronat medialny nad mą podróżą. Oto relacja z niej.
Na WSP dostałem się w 1983 roku z trzyletnim opóźnieniem i za drugim razem. Pierwszy raz startowałem na anglistykę, ale odpadłem. Trzy lata później spróbowałem na polonistykę, bo w końcu polski był tym językiem, który trochę lepiej znałem.

Na egzaminie z historii trafiłem pytanie o którąś z tych okropnych postępowych rewolucji z datą w nazwie. Tę co to, wiecie, nazywa się nimi ulice i potem człowiek pół życia spędza przy 8 Listopada albo 12 Stycznia, ale zapytaj go o te daty, a on ni w ząb. Oczywiście, nic nie wiedziałem o jakimś tam 8 Listopada czy innym 12 Stycznia. Powiedziałem egzaminatorom, że tego akurat dnia byłem na wagarach, czym ich rozbawiłem do rozpuku i mi to pytanie odpuszczono. Ale członkowie komisji nie roześmiali się od razu, poczekali, aż zacznie śmiać się jej szef Nicieja. I potem oni za nim. Już wtedy miał koleś mir na uczelni, już wtedy się z nim liczono.

O Nicieji mówiono jeszcze wtedy, że jest najmłodszym docentem w Polsce. Że to, że śmo, że wielka kariera na horyzoncie. Wydawało mi się to absurdalne. Po co robić karierę w tak podeszłym wieku? Dla mnie, ledwo dwudziestolatka, każdy po trzydziestce był wtedy staruchem. Dziś mam o dychę więcej niż profesor wtedy, gdy mnie odpytywał.

Za moich czasów o WSP mawiało się, że jest to uczelnia, gdzie ucieka się przed wojskiem lub w poszukiwaniu małżeństwa. W moim przypadku obie okoliczności nie sprawdziły się, bo do woja wzięli mnie i tak po studiach, a ożeniłem się z osobą z pozastudenckiej bajki. Wychodzi więc na to, że poszedłem tam po nauki.

Owszem nauczyłem się sporo, ale na niektóre sprawy byłem impregnowany. Nigdy na przykład nie potrafiłem odróżnić dydaktyki od metodyki, a tych obydwóch od pedagogiki. Miałem też kłopoty z językiem staro-cerkiewno-słowiańskim i za Chiny nie mogłem pojąć, po co studentowi filologii polskiej znajomość martwego języka, którym władali starożytni Bułgarzy. Widocznie był w tym ukryty jakiś cel metodyczny. Albo dydaktyczny, kto wie…

Męczyłem się też na literaturze staropolskiej, gdzie musieliśmy czytać wiersze o świętych katolickich, jakie jacyś faceci napisali jeszcze w XVI-wieku. Makabra. Myślę, że mi to zostanie policzone w Niebie na plus. Z innymi przedmiotami było z górki.

Lubiłem poetykę, gdzie liczyliśmy sylaby, badaliśmy akcenty i ustalaliśmy te wszystkie jamby, daktyle, amfibrachy, anapesty… Lubiłem literaturę współczesną, na której mityczny dr Wierciński, ta wileńska sowa, wpędzał nas w kompleksy swoim oczytaniem. Wtedy musieliśmy dyskutować o Konwickim, Stryjkowskim i Buczkowskim, bo nie napisane zostały książki Stasiuka, a wśród nich ta najdonioślejsza, moim zdaniem, powieść o tytule „Jak zostałem pisarzem”. Nikt tak rewelacyjnie nie opisał klimatu lat 80. jak on. Wszyscy wtedy żyliśmy tak jak Stasiuk w tej powieści, tylko on 10 razy bardziej. Jeśli uważny współczesny student polonistyki dopatrzy się w niniejszym mym tekście nieudolnego naśladownictwa stylu tej książki, to niech nie woła: plagiat, plagiat! Jak zrzynać, to od mistrzów, prawda?

Znosiłem dzielnie nawet ekonomię polityczną socjalizmu, którą miałem z legendarnym prof. Jagasem.  Nosił on protezę zamiast ręki i powiadano, że lubi ją czasem odkręcić i cisnąć w gadającego studenta. Zawsze chciałem to zobaczyć, więc na wykładach gadałem jak najęty, ale pewnie za cicho, bo nigdy nie rzucił. Za to oblałem egzamin. Na pytaniu o ceny. Wiadomo, panował wtedy socjalizm i cen w sklepach było wiele: regulowane, umowne, sztywne, komercyjne, centralne… kto by się w tym połapał?

Lubiłem romantyzm, bo pasował do ponurego spleenu lat 80. równie dobrze jak muzyka SBB.

Romantyzmu uczył nas przystojny doktor Raczyński, który miał tak seksowny głos, że studentki na egzaminach gubiły się, kto tak naprawdę wielkim poeta był: Mickiewicz czy Słowacki. Imponował mi docent Obrączka, który opowiadał niesamowite rzeczy o młodopolskich artystach, a w międzyczasie czyścił sobie nos chusteczką przy małym lusterku. Czułem respekt przed doktorem Hendzlem. W kompleksy wpędzał mnie doktor Wańczowski ze swymi odjechanymi interpretacjami dzieł literackich. Bałem się docenta Gajdy, o którym opowiadano, że wymagający, że ho, ho, ho… Modliłem się, żeby nie mieć z nim egzaminów, dobry Bóg wysłuchał mych modłów. Zaimponował mi doktor Adamiszyn od gramatyki, ale dopiero po 20 latach, gdy spotkałem go na balu w Warszawie i dowiedziałem się, że jest rzutkim biznesmenem z sukcesami. Jeszcze bardziej zaimponował mi pewien wykładowca, który wdał się w jawny romans z cudowną rudowłosą studentką. Ależ o tym romansie było wtedy na wu-es-powie głośno.

Pewnego dnia dr Wierciński ubolewał na zajęciach, że w czytelni studenci, zamiast robić notatki, wyrywają kartki z czasopism i książek. Przysiągłem sobie wówczas w duchu, że już nigdy więcej. Wtedy na całej uczelni stało tylko jedno ksero i trzeba było mieć zgodę dziekana na odbijanie. Nie było przy tym szans, żeby kserować mogli studenci. Chodziło zdaje się o to, żeby nie powielać antyustrojowych treści. Tak więc musieliśmy przepisywać i było nawet w tym coś benedyktyńskiego, coś szlachetnego, coś treściwego, gdy tak w ciszy, pochyleni w świetle biurowych lampek, wodziliśmy tanimi długopisami po notatnikach. Ale nie zawsze mieliśmy do tego cierpliwość, bo życie za drzwiami buzowało i wabiło.

To były piękne czasy, a ja myślałem, że tak będzie zawsze. Kac odpuszczał już koło dziesiątej, na ławce w leżeniu wyciskałem 120 kilo, prawie robiłem szpagat, a trzy kilometry biegałem na „bdb”. A jak skakałem na skakance bez koszulki, to od biedy dało się zobaczyć kaloryfer na brzuchu. Ale tylko na trzecim roku. Na czwartym zacząłem pracować w gazecie i się zapuściłem. Dobrze mi płacili, a alkohol w knajpach sprzedawano wtedy z obowiązkową zakąską, więc człowiek przyjmował podwójną dawkę kalorii. Wtedy zresztą nikt ich nie liczył.

Cała uczelnia była zakopcona i nikomu to nie przeszkadzało. Paliło wszędzie, na parapetach, w korytarzach, w pokojach kadry, nikt się nie czepiał. Na kierunkach intelektualnych w dobrym guście były robotnicze „Popularne” bez filtra. Prawdziwy artysta, wiadomo, nie oszczędza zdrowia.  Dla przyjemności palono marlboro, ale były drogie i ciężko je było kupić.Aromatycznym „carmenom” ukręcaliśmy filtry, żeby nabrały mocy. Nie było zmiłuj…

Wszyscy nosiliśmy obciachowe wąsy i one się podobały kobietom. Nawet doktor Raczyński je miał. Fryzury były wtedy różne, ale najczęściej albo na czeskiego piłkarza, albo na podgolonego szlachetkę, albo na krótkiego jeża. Ja przećwiczyłem wszystkie trzy warianty, a każdy z tym nieszczęsnym wąsem pod nosem. Dziewczyny wyglądały na ogół jak Madonna z filmu „Who’s that girl”. Oczywiście te co odważniejsze, bo reszta wyglądała jak klony Agnieszki Holland.

Najmocniej kumplowałem się z Darkiem H. , „Jalem” i Ziutkiem. Ci dwaj ostatni są teraz oficerami więziennictwa. Też miałem nim być, ale trafiła się robota w gazecie i jakoś tak poszło. Z tym pierwszym pakowaliśmy w prowizorycznej sali treningowej i nazywano nas z tej racji „kotletami”. Wszyscy się nas bali, bo Darek miał bardzo groźne spojrzenie.

Z innych kierunków najbardziej lubiłem chłopaków z Wychowania Technicznego, czyli „karmników”. To byli konkretni kolesie: wódka krążyła u nich na wzór góralski, a na praktykach w NRD dokonywali najbardziej brawurowych erotycznych podbojów.

Nigdy nie udało mi się poznać żadnego chemika. W ogóle budynek chemii to była jakaś jakby tajna warownia, połączona z matczynym gmachem pępowiną szklanego łącznika. Coś jak jakieś strzeżone pilnie si-aj-ej, w którym wymyślano tajne bronie masowej zagłady. Przypuszczalnie jak wszędzie indziej nic szczególnego tam się nie działo: palili na potęgę, pili herbatę plujkę, czekali na

Bóg-wie-co.

Na studium wojskowym najbardziej intrygował nas major Pinoczet. Miał w sobie jakiś wojenny tragizm, a na twarzy blizny. W jednym oczodole – szklaną kulę. Legenda głosiła, że był czołgistą, siedział na wieżyczce, gdy trafiła go lufa drugiego czołgu. Szczerze współczuliśmy temu facetowi z pierwszej frontowej linii, że musi się męczyć z takim jak my śmondactwem. Z powodów literackich  nie mam najmniejszego zamiaru weryfikować legendy pana pułkownika. Jest za piękna, żeby ją obalać.

Podśmiewaliśmy się z niego, bo to było w dobrym tonie, ale  wielu z nas marzyło pewnie po cichu o twardym poligonowym życiu, gdzie człowiek ma dzień poukładany od gwizdka do gwizdka i żadnych wątpliwości, które prowadzą na manowce.

W Mrowisku był jeden otłuczony automat telefoniczny na monety i ciągle ktoś na nim wisiał. Przypominam delikatnie, że wtedy jeszcze nie było komórek. Gdyby nam ktoś powiedział, że za 10-12 lat będziemy nosić  w kieszeniach błyszczące pudełeczka, z których będzie można dzwonić na koniec świata, to byśmy go wynieśli na kopach. Książki i zeszyty nosiło się w spranych i spłowiałych reklamówkach z zachodnich hipermarketów. Wtedy zachodnie hipermarkety stały tylko na Zachodzie.

Ludzie z naszego roku balowali najczęściej w „Spójniku”, choć zaliczali tez gościnne występy w „Mrowisku”. Ponieważ byłem już żonaty, nigdy nie udało mi się zostać w akademiku na noc. Omijały mnie przez to najlepsze rzeczy. Kiedyś niejaki „Zalka” wypadł z drugiego piętra i połamał sobie 10 palców obu rąk. Trzeba mu było potem trzymać papierosa przy ustach. Wódkę wciągał samodzielnie – podnosił kieliszek zębami. Jak podczas balangi ktoś był głodny, to sobie szedł do wspólnej kuchni. Zawsze ktoś tam coś gotował na gazie i bywało, wychodził na chwilę. Wtedy należało szybko jeść. Czasem do Mrowiska przyjeżdżał jakiś nieodmiennie kultowy zespól i wtedy siadaliśmy w kucki na podłodze, tuż przy piecach i klepiąc dłońmi w zryćkany parkiet, wyobrażaliśmy sobie, że jesteśmy Johnami Morrisonami.

Gdy nastały kłopoty z piwem butelkowym (puszki były wtedy tylko w Pewexach) zaczęliśmy chodzić z okrągłymi kloszami od lamp sufitowych do piwiarni „Jacek” przy ul. Duboisa. Do takiego klosza wchodziło 10 piw. Wyobrażacie sobie dziś gościa, który niesie 10 piw w szklanej kuli, z której co chwila upija? Tak, to były czasy, które wymagały i fantazji, i hartu ducha. Forsy nie trzeba było mieć wcale.

Jeśli chodzi o politykę, to nie było jej na uczelni za dużo. Wiadomo, Opole – dwa studenty i hanys przygięty, jak żartowali ze swej roboty esbecy. Najbardziej na ruskich jechała pani od rosyjskiego. Miała jakieś niemieckie nazwisko, może dlatego? Wszyscy wiedzieli, że wykładowcy mają w dupie komunę, ale ani oni się z tym nie afiszowali, ani my za bardzo tego od nich nie wymagaliśmy. Może dlatego nieugięci nazywają dziś nasz uniwerek „czerwoną Sorboną”?

Pod koniec lat 80. ukazał się na murze wielki napis „Jaruzelski musi odejść. Razem z K.” Oczywiście nazwisko było w pełnym brzmieniu i należało do działacza organizacji młodzieżowej. Nie podaję go, bo kłaniamy się sobie i to ma być w końcu tekst refleksyjny, a nie plotkarski. Ponadto on miał socjalizm głęboko pod hemoroidami, całe zetemesy trzepały już wtedy ostro kasiorkę. Mi się nigdy nie udało załapać.

No nie, raz się załapałem. Mnie i Darka H. wzięli prosto z siłowni na bramkę hali w Otmęcie, gdzie trwał koncert Shakin Dudiego. Mój Boże, ilu ja ludzi wpuściłem na lewo! Dudi śpiewał „oj szala, lala, mam dwie lewe ręce”, a ja garściami kasę dzieliłem w ubikacji. Całe petardy banknotów. A jak mi się znudziło brać w łapę, to wyszukiwałem w czekającym pod halą tłumie poczciwców albo ubogie parki zakochanych, szedłem po nich i pod ramię wprowadzałem na koncert. Niech mają.

Na WSP były dwie stołówki: jedna tam, gdzie potem był słynny SCK, a dziś Collegium Civitas, druga w podziemiach „Mrowiska”. Żeby zjeść, trzeba było mieć bloczek. Bloczek wyrywało się z karnetu. Schludni nacinali bloczki nożyczkami, cała reszta rwała na żywca paznokciami. System sprzedaży tych bloczków był strasznie skomplikowany, na jeden obiad potrafiły być trzy różne ceny. Nikt się temu nie dziwił, bo tak miało być zawsze. W obu stołówkach kucharki znały mnie i wiedziały, że potrzebuję większych porcji białka, więc chowały mi pod ziemniakami dodatkowe mięso.

Na trzecim roku napisałem pierwszy wiersz. Potem kilka. Dwa z nich kupił miesięcznik „Opole”, a ja za honorarium kupiłem sobie dres. Wyobrażacie to sobie dziś? Nowy dres za dwa wiersze? Nawet Szymborska nie skasowałaby takiego honorarium. Co tu dużo gadać, kiedyś w kulturę inwestowano intensywniej. Wtedy chodzić po ulicy w dresie to nie był jeszcze aż taki obciach jak dziś.

Potem już nie pisałem poezji, bo uznałem, że jest to zajęcie dla cwaniaków. Coś jak malowanie  kółek na białym tle. Co innego proza. Tu trzeba maestrii i ciężkiej pracy. Napisałem więc kilka opowiadań. Wszystkie fatalne.

Gdy skończyliśmy studia „Jalu” rzucił pomysł, aby dla uczczenia uczelni, spełnić toast pod każdą salą, w której mieliśmy wykłady. Propozycja, jako zbyt uczuciowa, groteskowa i kłopotliwa, została jednak wyśmiana. Studia pożegnaliśmy banią w „Spójniku”. A może to był jednak „Kmicic”, kto to dziś pamięta?

Witryna, którą obecnie przeglądasz, wykorzystuje pliki cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych. Więcej informacji >>

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close