Wojciech Dindorf: Na początku był kabaret

W starej kamienicy na placu biskupa Nankiera w centrum zrujnowanego Wrocławia w kilku pokojach (z kuchnią) znalazło się pomieszczenie dla czterech kierunków studiów: polonistyki, matematyki, fizyki i fil. Rosyjskiej. Tam w ciasnych pokoikach wysłuchiwali większości wykładów pierwsi studenci – po około 30 na każdym kierunku. Mieszkali w wynajętych stancjach zwykle na peryferiach miasta, dojeżdżali, a wybrańcy losu otrzymali łóżko, półkę w szafie i wieszak w wieloosobowych pomieszczeniach, zwykle w zrujnowanych budynkach akademika. Państwowa Wyższa Szkoła Pedagogiczna otrzymała jedno piętro w akademiku na Podwalu Oławskim. Szczury spotykało się na klatce oko w oko na klatce schodowej. Pokoje były podstemplowane dla ochrony przed zawaleniem się.
Żywiliśmy się w restauracjach, w których niejednokrotnie trzeba było stać w kolejce za krzesłem i popędzać zarówno jedzącego jak i kelnera, by szybko robili co do nich należy, bo inaczej nie było mowy, by zdążyć coś zjeść w przerwie między zajęciami. Wykłady specjalistyczne odbywały się w pomieszczeniach politechniki lub uniwersytetu. Tam studenci PWSP mogli się spotykać z wielkimi nazwiskami przedwojennych profesorów, którzy, jak np. ci z lwowskiej politechnika czy Uniwersytetu Jana Kazimierza, swoją wojenną tułaczkę właśnie we Wrocławiu zakończyli.
PWSP była swego rodzaju fenomenem. W mieście, gdzie działały dwie duże uczelnie i kilka pomniejszych (Akademia Medyczna, Akademia Wychowania Fizycznego, Wyższa Szkoła Rolnicza, Muzyczna…) głównie z przedwojenną obsadą, powstała trzyletnia szkoła zawodowa z kierunkami, jakie można było przecież studiować na uniwersytecie czy politechnice , ale z każdą kadrą wykładowców, z których prawie żaden nie miał stopnia magistra. Bez stopnia naukowego był pierwszy pełniący obowiązki rektora, nauczyciel matematyki pan Emil Smetana.
Musiała więc być ta nowa wyższa szkoła traktowana z góry nie tylko przez studentów innych szkół wyższych. Patrząc z perspektywy sześćdziesięciu lat na historię PWSP/WSP/UO, trudno nie zauważyć, że szkoła musiała opierać się wielu przeciwnościom losu, wielu objawom poniżania i że dopiero po przeprowadzce do Opola w 1954 Wyższa Szkoła Pedagogiczna mogła zacząć konkurować z innymi, starszymi, znanymi uczelniami w kraju. Wprawdzie jeszcze nie mogła chwalić się tytułami naukowymi własnej kadry nauczającej (utytułowani wykładowcy dojeżdżali z pobliskich środków ze Śląska lub Wrocławia), ale na pewno mogła być dumna ze studenckiego zapału do nauki, a potem z wiedzy i umiejętności jej absolwentów. Absolwenci WSP zaczęli stopniowo opanowywać szkoły w Polsce – z największym zagęszczeniem na Opolszczyźnie. Mój brat Antoni z pierwszej grupy absolwentów PWSP dwa lata po ukończeniu jeszcze bez magisterium został dyrektorem liceum w Jaworze. Dwóch jego kolegów matematyków (Czesław Stelmaszczyk i Jerzy Pilaczyński) zostało na uczelni. Podobnie późniejszy prof. Walenty Dobrzyński – polonista czy prof. Eugenia Kołodko-Kucharska, b. dyrektor Instytutu Filologii Rosyjskiej. Z pierwszego rzutu mieliśmy też trzech fizyków: Ignacy Bójko, Mieczysław Piróg i Mieczysław Weryho zostali asystentami i do końca swojej działalności nie opuścili uczelni. Doskonałymi, szybko awansującymi nauczycielami byli np. późniejszy kurator polonista Antoni Cięciel, jego żona polonistka Halina. Pominąłem pewnie wielu, ale nie sposób wszystkich pamiętać.
Szkoła, w której kadra naukowa zajmująca w uczelni wysokie stanowiska, w latach pięćdziesiątych zdobywała tytuły magistra poza Opolem, produkowała najwyższej klasy nauczycieli wszelkich stopni. Dzisiaj trudno by było wymienić miejsca i stanowiska zajmowane przez absolwentów WSP – czy dzisiejszego Uniwersytetu Opolskiego. Trudno by je wymienić, nie dysponując dokumentami, a opierając się na zawodnej pamięci.
Dzisiaj można przechadzając się po korytarzach uniwersytetu, zobaczyć wizytówkę na drzwiach: Prof. Dr hab. Ignacy Bójko. We wrześniu 1950r. (pierwszy rok zaczynał zajęcia 1 września) świeżo upieczony maturzysta Ignacy Bójko rozpoczynał studia na kierunku fizyki w świeżo narodzonej Państwowej Wyższej Szkole Pedagogicznej (PWSP) we Wrocławiu. Podobnie dwaj inni bardzo cenieni i zasłużeni dla uczelni i dla oświaty, którzy całe swoje życie zawodowe z tą uczelnią i Opolem związali: doc. dr Mieczysław Piróg – fizyk i o rok akademicki młodszy doc. dr Tadeusz Sawicki – matematyk. Chyba nie będą mi mieli za złe pierwsi studenci PWSP mieszkający do dziś w Opolu, że nie wymieniam ich nazwisk, nie będąc pewnym, czy znam ich tytuły naukowe. Kilku wysokich urzędników Ministerstwa Oświaty lub IKN (mgr Kazimierz Dera, dr Ignacy Stępniowski, dr Henryk Bonecki), kilku opolskich kuratorów oświaty, bardzo wielu pracowników naukowych różnych polskich i zagranicznych uczelni, mnóstwo dyrektorów szkół różnego typu, tysiące nauczycieli to ludzie z dyplomami WSP/UO. Z pamięci potrafię tylko wymienić rektorów macierzystej uczelni (jak dotąd było ich dwóch: prof. Stanisław S. Nicieja i prof. Józef Musielok), kilkunastu dziekanów, kilkudziesięciu kierowników zakładów i dwóch dyrektorów administracyjnych (mgr M. Niemczyk i dr Kazimierz Sochacki).
Niestety coraz więcej nazwisk pierwszych i późniejszych studentów/absolwentów naszej Jubilatki dostrzegam na płytach grobowych na Półwsi. Pożytecznie przeżyli swój czas na tej ziemi.
Wracając do pierwszych dni w Opolu, muszę wspomnieć o tym, że wbrew oficjalnemu entuzjazmowi związanemu z przenosinami uczelni do Opola, miejscowa ludność z rezerwą, jeśli nie z niechęcią odnosiła się do pojawienia się białych czapek studenckich na opolskich czarnych uliczkach.
Starsze panie często pozdrawiały studentów: „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” i wyraźnie były zaskoczone, gdy usłyszały grzeczną i poprawną odpowiedź: „na wieki wieków”. Tzw. Szemrana propaganda głosiła bowiem, że ta szkoła, zwana oficjalnie szkołą nowego typu, to same antychrysty, co przyszły tu komunizm szerzyć.
To niezbyt przyjazna nastawienie przejawiało się też w napisach, które można było od czasu do czasu zobaczyć na murach domów, a szczególnie pod wiaduktem na Oleskiej. Najdelikatniejsze mogło być: „Precz z WSP”.
Pewnie swój udział w rozładowaniu tej niechęci mieli ojcowie jezuici, kiedy kościółek o.o. Jezuitów na Matejki (ulica nie miała jeszcze twardej nawierzchni ani drzewek, ni chodników) stał się, nie wiem kiedy kościołem akademickim, a na rannej mszy „antychryści” nie mieścili się we wnętrzu świątyni.
A studenci? Niektórzy pisali fraszki w rodzaju:
Opolska okolica
Bardzo mnie zachwyca
Ale Opole?
To ja…
Wrocław wolę. (T.K.)
Wrocławscy studenci PWSP w większości nie byli delikatnie mówiąc – entuzjastami przenosin do Opola. Władze, by nas uspokoić, obiecywały komfort, opiekę – podobnie jak dziś obiecuje się w wystąpieniach przedwyborczych. Myśmy wyboru jednak nie mieli. Demokracja, często powtarzane słowo, nie miała dla nas żadnego sensu.
W Opolu widzieliśmy wszystko inaczej niż to przedstawiały czynniki oficjalne. Studencki Zespół Satyryków, który urodził się jeszcze we Wrocławiu, podczas pierwszego przedstawienia w kilku numerach odniósł się do nowej rzeczywistości. Jeden z aktorów z Zespołu Satyrycznego Czesiek Buczek (późniejszy pierwszy dyrektor pierwszego w Polsce Liceum Nukleonicznego), wyrecytował mój wierszyk pt. „Braki”.
Oto fragment:
Gdzie jest – może ktoś z was wie –
„Błyskawica”* ZSP
Może zna redaktora
Przypadkowo ktoś z was?
 
Chętnie bym w niej umieścił
Ogłoszenie tej treści:
„Kiedy kasa wypłaci?
Bo najwyższy już czas.
 
Gdzie do klopu są klamki?
Gdzie są klucze? Gdzie zamki?
Choć kaszanki nie jadam
Raz siedziałem pół dnia
 
Kiedy w męskim DS-ie
Słupek rtęci się zniesie
Może okna uszczelnić
Tam przynajmniej się da
 
 
Wysuwają dziewice
Własny problem – miednice…
Mają za to świetlicę
A my mamy? Ta gdzie?
 
Chcę posłuchać muzyki
Kiedy będą głośniki???!!!”
Na to mówią czynniki
Że na razie… że nie.
*(oficjalna gazetka ścienna)
O tej kaszance mówiło się (po cichu) wszędzie. Gdzieś w połowie listopada 1954 w stołówce na Nysy Łużyckiej podano kaszankę na kolację. Kilkanaście osób wylądowało w szpitalu na placu Armii Czerwonej (dziś Rektorat UO), a znacznie więcej przeżyło ciężkie zatrucie w akademikach. Słowa na ten temat nie było w „Trybunie Opolskiej”.
Mieszkałem komfortowo w sześcioosobowym pokoju. Uczelnię na Luboszyckiej i kryminał na Sądowej mieliśmy po drugiej stronie czystej, asfaltowej Nysy Łużyckiej. Prawie żadnego ruchu nie było, bo nawet furmanki jadące we wtorki na targ (na plac Kopernika – wtedy Armii Czerwonej) nie miały potrzeby przed akademikiem przejeżdżać. Nie było jeszcze Ronda ani wysokich domów. Droga prowadziła płasko na most, na trawę nad czystą Odrę. Nikt ze znajomych nie miał oczywiście auta. Jedyny samochód do dyspozycji JM Rektora stał – na ogół zepsuty – w Sali gimnastycznej.
Studencka brać znajdowała się pod opieką (czytaj kontrolą) Rektorskiej Komisji od Moralności. Oto fragment ballady śpiewanej przez Kwartet Fizyków, opiewającej zdarzenie, gdy któregoś z nas nakryła komisja około północy, po żeńskiej stronie akademika.
27 Do późna wieczór w kancelarii
Toczy się ważna narada
By nie dopuścić się takiej chryi
Trza regulamin układać
 
28 Trza zlikwidować takie sprośności
Trza wybrać nową Komisję
Plus opiekuna od moralności
A razem cos się wymyśli
 
29 Dnia następnego był ujawniony
Nowy DS. regulamin
Wstęp płci odmiennej jest zabroniony
Wywołaj i stój pod drzwiami
 
30 Przyśpiewka zlikwidowana przez cenzurę:
Bo wiedzcie, że na WSP
Przeszło 100 par się kochać chce
Przeszło 100 par na WSP
Kochać się chce
A nie ma gdzie
 
31 Józio tem wszystkem się zgryzł okropnie
List krótki skrobnął do Hanki
Potem powiedział: niech to gęś kopnie
Zjadł cztery porcje kaszanki
 
33 Taka ich była ta miłość czysta
Oj biedne akademiki
On lat dwadzieścia trzy – polonista
A ona była z fizyki.
Jak się do tego doda np. „wykład o biurokracji”, to nie można się dziwić, że pan mgr Stefan Reczek (cudowny wykładowca kultury języka polskiego – coś jak dzisiejszy prof. Jan Miodek) stracił funkcję opiekuna Zespołu Satyryków, a ja wezwany do JM Rektora Zborowskiego zyskałem reprymendę i przypomnienie, że… kryminał jest blisko, więc mam wybór.
Oto ten „skradziony”, ściśle tajny dokument, czyli:
Wykład o biurokracji. Na scenę wszedł zapowiedziany „docent Ignacy Stępniowski”(docent to był popularny tytuł ukrywający brak mgr czy dr przed nazwiskiem) ucharakteryzowany na starego profesora. Na nosie druciane okulary (bez szkieł) i rozczochrane włosy. Pod pachą miał tekturowy skoroszyt, chrząknął, popatrzył znad szkieł po sali (a potrafił tym popatrzeniem wielką radość widowni wzbudzić) i zaczął czytać:
 
Biurokracja jest nauką zajmującą się losami urzędowych papierków od momentu przyłożenia pierwszej pieczątki „WPŁYNĘŁO” przez dłuuuuuuuugi okres nabierania mocy urzędowej, przez jeszcze dłuuuuuuuuższy okres tzw. dojrzewalności, aż do kosza włącznie. Zrozumiano? (Pardon, to nie studium wojskowe).
Losy biurokracji były zmienne. Jednak według współczesnych największych biurokratów przeżywamy niewątpliwy kryzys. Nie załamujemy się jednak, pamiętając, że w walce o nasz byt nasza idea – nauka krzepnie, krystalizuje się i wzmacnia. O! Należy jednak z ubolewaniem zaznaczyć, że skutkiem karygodnego zaniedbania, jeśli wręcz nie sabotażu, do niedawna biurokracja nie posiadała pełnych podstaw naukowych. Często więc zdarzały się błędy i wypaczenia np. załatwienie podania w ciągu tygodnia czy rozliczenie delegacji w przeciągu… miesiąca. Ktoś nawet podobno dostał przepustkę do Świeradowa (strefa nadgraniczna!!) dwa dni po złożeniu wszystkich dokumentów. To są błędy, towarzysze – przepraszam – i obywatele, które nie mogą się powtórzyć.
Jakże radośnie przyjęliśmy pierwsze w 1955 roku zarządzenie rektoratu WSP, którą można uznać za jaskółczą (jedna skowronka wiosny nie czyni – jak mówili nam w wojsku) prośbę naukowego uzasadnienia ideologii i praktyki biurokracji. We wstępie do instrukcji opatrzonej klauzulą ŚCIŚLE TAJNE podano wreszcie – towarzysze i obywatele – długo oczekiwane ścisłe definicje wielu istotnych pojęć, z których niektóre przytoczę. Przytoczę wiernie. Niczego nie przetoczę (ma być chyba przeoczę, ale tak mam tu napisane). Nie wolno się śmiać. My mamy swoich ludzi na widowni. Można (i powinno się) zapisać.
Cytuję:
Ściśle tajne!!
Akt. Każde pismo wpływające do szkoły względnie sporządzone przez szkołę jest aktem! (wykrzyknika w tekście nie ma).
Sprawa. Sprawą jest jeden akt lub szereg aktów dotyczących tego samego przedmiotu.
Teczka spraw. Grupa spraw pokrewnych tworzy teczkę spraw (teczka, okładka, segregator, które służą do przechowywania w chronologicznym porządku akt spraw ostatecznie załatwionych).
Im mniej w niej akt spraw (czyli akt aktu lub akt aktu aktu) tym lepiej.(Ha! Ha!).
Wykaz teczek. Rzeczowy wykaz teczek spraw, jest to szczegółowy spis zagadnień, dla których zakłada się oddzielne teczki spraw (patrz wyżej) – ustalają kierownicy poszczególnych komórek organizacyjnych szkoły.
Spis spraw. Spis spraw jest to chronologiczny rejestr spraw związanych z określoną teczką spraw.
Znak sprawy. Znak sprawy jest to zespół symboli rozpoznawczych. Znak składa się z symbolu jednostki organizacyjnej, symbolu teczki, oddzielonego od symbolu jednostki myślnikiem i określonego cyframi arabskimi, z kolejnej liczby spraw umieszczonej za kreską oraz dwu ostatnich cyfr roku Np. KI-5.12/55. (Wszystko jasne!!).
Niech te fragmenty wystarczą dla zilustrowania potęgi myśli biurokratycznej i zrozumienia, czemu to wszystko musi być zachowane w absolutnej tajemnicy. Zniszczyć notatki!
Są dziedziny ludzkiej działalności, do których żadnej miary przyłożyć się nie da. Przez ponad 40 lat WSP kształciła głównie nauczycieli, którzy z kolei wyprowadzali na ludzi setki tysięcy młodych istot. Gdybym miał władzę, to oceniłbym całokształt działalności instytucji, która zmieniając trzy razy nazwę (PWSP/WSP/UO), dwa razy teren działania (Wrocław/Opole), przetrwała ponad pół wieku w doskonałej kondycji, na wyróżniający i przyznałbym Uczelni – czy Jej Sztandarowi – najwyższe z najwyższych odznaczeń państwowych.
Wzruszającym akcentem uświetniającym jubileusz pół wieku WSP – 10 lat UO, było przyjęcie przez papieża Jana Pawła II doktoratu honoris causa. Czy nie ma specjalnego wyrazu fakt, że dyplom wręczał Ojcu Świętemu fizyk – astronom – filozof, profesor doktor habilitowany, Jego Magnificencja Józef Musielok, absolwent opolskiej WSP?
Jeden z moich najwspanialszych studentów.

Wojciech Dindorf
Absolwent fizyki WSP w Opolu (1957)
*Powyższy tekst jest fragmentem przygotowanej do druku książki Wojciecha Dindorfa o pierwszych latach Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Opolu)

Witryna, którą obecnie przeglądasz, wykorzystuje pliki cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych. Więcej informacji >>

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close