Teresa Kudyba: Sierotka Marysia to nie moja bajka

Bodaj rok temu Zbyszek Górniak wspominał na tych łamach swoje czasy studenckie na opolskiej WSP. Zostałam przez redak­cję „Indeksu” poproszona o podobną redakcję. Parę  miesięcy walczyłam z tym wyzwaniem: ja po Zbyszku? Do piór mu nie dorastam. Górniak to prawdziwy mistrz felietonu, reportażu, ba – na­wet pisarz.

W czasach, gdy Górniak pi­sał do „Trybuny Opolskiej”, ja będąc na studiach dziennych -już niańczyłam dwoje dzie­ci, jednocześnie w wolnych chwilach uczyłam na wsi pol­skiego i muzyki na pół etatu. Światek studencki rozwijał się, imprezował, a ja stałam w miejscu, jak większość na­uczycieli wiejskich. A jednak nie żałuję zmarnowanego w szkole czasu. To była pouczająca lekcja prawdy o ludziach z hermetycznych środowisk. Nie podobało się ani nauczycielom, ani rodzicom, że organizowałam co miesiąc wycieczki, bo „odciągałam dzieci od nauki”. Gdy rozmawiałam z nimi po śląsku, dyrektorka pousta­wiała w klasach skarbonki. Za każdy wyraz po śląsku złotówka – za karę. Mimo, że uczyła ich polskiego Ślązaczka, zdawali egzaminy do liceów na piątkę. Gdy się z tego wiejskiego getta wyzwoliłam i po raz pierw­szy trzasnęłam drzwiami, nagle uświadomiłam sobie, że szkoła to nie jest moje miejsce w życiu. Tego dnia „Trybuna Opolska” ogłosiła konkurs dziennikarski. Wygrałam ten konkurs tekstem „Wyzwoleni”, w roku chyba 1989. I połknęłam bakcyla.

Potem trzaskałam drzwiami jeszcze parę razy w ko­lejnych redakcjach. Z redakcji magazynu telewizyjnego mniejszości niemieckiej „Schlesien Journal” wyrzucili mnie z hukiem, bo się postawiłam swemu kolejne­mu szefowi: Sebastianowi Fikuso­wi, który manipulował politycznie magazynem tak bardzo, że za żadne pieniądze nie byłam w stanie współ­istnieć w takim szambie. Rację politycy mniejszości niemieckiej przyznali mi dopiero po latach. Za­tem bez środków do życia, z trójką dzieci, po rozwodzie, jako samot­na matka, bez alimentów – w 1998 roku poszłam na swoje. Założyłam firmę. Odtąd to ja decyduję, z kim współpracuję, ile zarabiam, o czym piszę i dla kogo robię film. To jest wyzwanie w naszym regionie tak trudne, że aż prawie niemożliwe. A jednak – własna dziennikarska działalność gospodarcza opłaca mi się pod każdym względem już od ponad dziesięciu lat.

Dziennikarstwem zaraziłam się od Mariana Buchowskiego, Macieja Siembiedy, Zbyszka Górniaka, Mirka Olszewskiego, Marka Brodowskiego, Jana Płaskonia. Nigdy nie potrafiłam pisać tak smacznie jak oni. Ale dzięki pasji regionalisty, znajomości gwary i języka niemieckiego, zaczęłam docierać od początku lat 90. do ludzi i miejsc nigdy dotąd w prasie opolskiej nie opisywanych. Regionalizm – to był i jest mój dzien­nikarski kapitał. Ale zacznę od początku. Nazywałam się wtedy Te­resa Sojka.

Świadectwa z czerwonym paskiem, piątki z góry do dołu. I w podstawówce, i w II LO, i w szkole mu­zycznej. Grzeczna dziewczynka, z długim warkoczem i altówką w futerale, przewieszonym na ramieniu. Mia­łam zostać lekarzem albo muzykiem – w najgorszym wypadku.

Jednak, ku przerażeniu rodziny, wybrałam WSP, bo tam zdał rok wcześniej mój chłopak. Był rok 1981. Wybrałam nauczanie początkowe; wydawało mi się, że mam powołanie do pracy z dziećmi. Już w pierwszym tygodniu, po zajęciach z literatury dziecięcej z panią, której nazwiska nie pamiętam, przeniosłam się na po­lonistykę. Pani bowiem zadała pracę domową w której mieliśmy odpowiedzieć na jakieś tak bardzo infantylne pytania, związane z cnotami sierotki Marysi, że po raz pierwszy mnie tknęło: Co ja tutaj robię? Na polonisty­ce było trochę lepiej w temacie zadania domowe, bo przynajmniej lektury były ciekawsze. Lektury tak, ale wykładowcy nie bardzo się angażowali. Dopiero po latach zaczęło mnie to boleć: dlaczego studia na opol­skiej polonistyce były nudne, dlaczego marnowałam czas, dlaczego nie żyliśmy jako studenci i wykładowcy wydarzeniami kulturalnymi miasta, nie organizowano nam żadnych zajęć praktycznych w mediach, abyśmy szlifowali publicystyczny warsztat… No tak, przecież mieliśmy być „tylko” nauczycielami. Nudna, tępa teoria zaczęła mnie przytłaczać. Wydaje mi się, że wszyscy wtedy odbębnialiśmy swoje, zaliczaliśmy, zbieraliśmy podpisy w indeksach – byle do wiosny…

Wiedzę wyniosłam ze świetnego opolskiego liceum – „dwójki”. To tam Wanda Pilch nauczyła mnie pisać, rozbierać poezję, myśleć jak humanista. To w dwójce geograf Tadeusz Łużny – największy postrach licealnej braci – nauczył mnie rozróżniać po łacinie wszystkie chmury i góry (u niego też miałam piątkę), co potrafię do dziś; bogata w eksperymenty fizyka z Gabryjelską pioruńsko trudna matma ze Szmidtem… Z opolskiej „dwójki” wychodziło się w świat z solidną bazą.

Od uczelni spodziewałam się dużo więcej niż mi zaoferowano. Pamiętam, że na zajęciach z drem Raczyńskim o technicznych środkach nauczania nigdy tych środków nie udało mu się uruchomić. To tak, jakby ktoś uczył dziś obsługi komputera, którego nie rozpakował z pudełka. Ta luka w moim wykształceniu odbija się do dziś, bo choć jako producent posiadam sprzęt telewi­zyjny, operatorzy i montażyści nie pozwalają mi go tknąć, w obawie, że coś popsuję. Pamiętam też wie­le zajęć, które upływały nam na przepisywaniu, sortowaniu fiszek. Nasi magistrowie przygotowywali się do doktoratów, a doktorzy do habilitacji.

Bałam się zajęć z poetyki z drem Adamem Wiercińskim. Przerastał nas o lata świetlne wiedzą i oczy­taniem. Czuliśmy, że nie jesteśmy w stanie go zadowolić, że nie do­rastamy mu do pięt. A dialogu nie było; ten olbrzymi dystans przeszkadzał mi tak bardzo, że nigdy nie ośmieliłam się podjąć z drem Wierciń­skim żadnej rozmowy. Moja obecność na zajęciach ograniczała się do słuchania i odpowiedzi na poziomie zawstydzonego sztubaka, wywołanego do tablicy. Spo­glądam do indeksu: miałam czwórkę – to bardzo wyso­ka nota. Piątki chyba nie dostał nikt z mojego roku.

Wykłady z historii Polski i kultury polskiej. Pamię­tam, że wszyscy w tym czasie zajmowali się czymś innym niż słuchaniem sennego monologu. Jedni czytali lektury, ja przeważnie „sztrykowałam” swetry na drutach pod ławką albo wyszywałam kwiatki na śpioszkach moich córek. Nie interesowała mnie historia Polski, opanowałam ją przecież całkiem dobrze w liceum u mgra Szewczyka. Jako studentka chciałam poznać hi­storię i kulturę regionu, w którym żyłam, studiowałam i w którym zamierzałam uczyć cudze dzieci. Niestety, przez wszystkie lata studiów ani razu nie usłyszałam ani o Hauptmannie, ani o Eichendorffie, ani o żadnym innym wybitnym mieszkańcu śląskiej ziemi, mającym pochodzenie niepolskie. Wiedza humanisty, absolwenta WSP, o dziejach tej ziemi, za moich czasów przedsta­wiała się mniej więcej tak: byli tu kiedyś Piastowie, potem długo, długo nic, potem były krwawe powstania śląskie i po 1945 roku nastąpił najpiękniejszy rozdział regionu, wyzwolonego spod jarzma wielowiekowej germanizacji.

Chyba właśnie „dzięki” tej czarnej dziurze w mojej edukacji zaczęłam dopiero po studiach rzeczywiście samodzielnie studiować historię i kulturę Śląska. Wie­dzę zdobywałam w niemieckich bibliotekach i insty­tutach. Jako pierwsza autorka w Opolu zaczęłam pisać książkę o zamkach i pałacach Opolszczyzny, wydaną potem przez wydawnictwo ,,Adan”, o niemieckich i ży­dowskich cmentarzach, o losach śląskich przemysłow­ców, noblistów w gazecie „Schlesisches Wochenblatt”; jako pierwsza opublikowałam tekst o Schaffgotschach i Kopicach w „Kalendarzu Opolskim”. Potem zaczę­łam realizować filmy o tematyce regionalnej i wielkich Ślązakach: Edycie Stein, Janie Cybisie, Eichendorffie, ks. Janie Dzierżonie, Marii Luizie Merkert, św. Jacku, teraz o Grotowskim.

Porównując wszystkich wykładowców, najwięcej wiedzy przydatnej mi dziś do pracy wyniosłam z zajęć prof. Jerzego Pośpiecha i folklorystek: prof. Doroty Simonides i prof. Teresy Smolińskiej. Opolski folklor pasjonuje mnie bardzo. Z dumą oprowadzam dzien­nikarzy z innych regionów po naszym wyjątkowym skansenie, jestem fanką zespołu „Silesia” z Łubnian, opolskich kroszonek, malowanej porcelany, haftu, rolad, gwary, tradycji i obrzędów. Jednak przeszkadza mi to, że tego bogactwa nie wykorzystuje się właściwie i bardziej nowocześnie w promocji regionu. Granie folk­lorem w promocji regionu to bardzo trudne zadanie. Bo folklor w niewłaściwych rękach – to wiocha.

Z przyjemnością wybierałam się na historię filozo­fii do dr. Bartłomieja Kozery. Czuło się wielki świat – świat, którego nie mogliśmy w tamtych latach do­tknąć, bo nie mieliśmy ani paszportów, ani kasy na podróżowanie. Nie znaliśmy języków obcych, oprócz rosyjskiego. Na wykładach Kozery marzyłam o Gre­cji, Rzymie, widziałam w wyobraźni posągi wielkich filozofów. Dziś wsiadam w samolot i dotykam. Eko­nomia z drem Józefem Jagasem – tak jak napisał Gór­niak – nie przydała nam się w życiu. I wcale się nie wstydzę, że jej nie zdałam za pierwszym podejściem.

Opiekunem mojego roku był prof. Stanisław Gajda. Studenci bali się gramatyki z Gajdą. A ja ją lubiłam. Chyba dlatego, że lubię przyjmo­wać do wiadomości jedynie wie­dzę praktycznie przydatną w życiu. Znajomość gramatyki pomaga w zawodzie dziennikarskim, w na­uce języków obcych. Nawet język staro-cerkiewno-słowiański przy­dał mi się, gdy po latach śpiewa­łam mszę w tym języku w chórze Filharmonii Opolskiej i gdy słu­chałam jej pięknego brzmienia w kijowskiej cerkwi. Także dziś, gdy produkuję film w Bieszczadach dla niemieckiej ARD o „Święcie Jordanu”, rozumiem słowa pieśni, wypełniającej cerkiew w Moro- chowie o czwartej nad ranem, po­trafię odczytać napisy na prawo­sławnym krzyżu i przetłumaczyć je korespondentowi ARD na język niemiecki.

Języka niemieckiego nie uczyli nas na Opolszczyźnie. W tamtych czasach był zakazany. Wprawdzie na polonistyce miałam półtora roku lektoratu – bodaj po półtorej godziny tygodniowo, ale nasza pani dr była na okrągło na macierzyńskim. Poznaliśmy parę słówek, owszem. To za mało, by potem, już jako nauczyciel, móc wyjaśnić dzieciom na wycieczce znaczenie nie­mieckich inskrypcji na opolskich cmentarzach, by czuć poezję Eichendorfifa. Nie byliśmy tak naprawdę nauczy­cielami ani wychowawcami, przygotowanymi do pracy w tym specyficznym regionie. Języka, określanego dziś w wielu opolskich szkołach jako ojczysty – „Mutter- sprache” nauczyłam się dopiero w latach 90.

To były inne czasy… Niewytłumaczalne. Nie wolno było uczyć nas na WSP pełnej, prawdziwej, bogatej historii i kultury regionu, chyba nie z winy czy niewie­dzy wykładowców, ale z powodu wytyczonej odgórnie polityki edukacyjnej w naszym regionie. A może w pro­gramie studiów polonistycznych nie powinno być w ogóle tematyki regionalnej i pretensje powinnam mieć tylko do siebie, że wybrałam niewłaściwy kierunek? Ale germanistyki wybrać przecież nie mogłam, bo jej na WSP z politycznych względów wtedy jeszcze nie było. Zresztą, to już dziś nieważne. Żeby nie marnować czasu na uczelni, przeniosłam się na czwartym roku na tok indywidualny, skończyłam studia rok wcześniej niż moi koledzy. Napisałam pracę magisterską o folklorze Dębskiej Kuźni, obroniłam na piątkę i poszłam uczyć cudze dzieci. A co było dalej, napisałam na początku.