Tadeusz Nalewajko: Chcieliśmy żyć normalnie

II Zjazd Absolwentów WSP i UO

Mój przyjaciel, Tadeusz Bednarczuk, przysłał mi pismo UO „Indeks” (nr 7-8 z 2003r.) z dopiskiem: Może coś dopiszesz, uzupełnisz, może masz jakieś uwagi? Jest pora na to…

Drogi Tadziku, piszę „bo muszę”. Na pewno zapomniałeś, że mam wobec Ciebie dług. Pamiętasz? Pięćdziesiąt lat temu zaprosiłeś mnie jako jedynego kolegę ze studiów na swoje wesele. To nie było zwykłe wesele na namysłowskiej ziemi. Odczuwałem je jako odtworzenie tradycji ludowych z wesela Boryny czy z wesela Bohatyrowiczów. Wcześniej nie wiedziałem, w jakim środowisku rzecz się dzieje. Nie wiedziałem, bo nie wiedziałem, że jesteś wnukiem posła na Sejm II RP, nie wspominałeś, że twój dziadek był uczestnikiem wojny bolszewickiej, rodzice żołnierzami AK. Takie to były czasy ukrywania swych korzeni i przeszłości.
Każdy z weselników musiał zatańczyć z panną młodą, Twoją kochaną piękną Lucynką i włożyć do koszyczka datek dla orkiestry. Ja z przerażeniem i w obawie przed kompromitacją szukałem w kieszeniach pieniędzy (musiałem głupio wyglądać), a Ty podszedłeś i wsunąłeś mi do ręki zwitek banknotów i szepnąłeś: „tańcz”. Mój honor studenta poważnej uczelni został uratowany. Teraz po upływie pół wieku, chcę Ci ten dług spłacić.
Mój stosunek do czasów naszej młodości, lat pięćdziesiątych, jest bardziej ambiwalentny niż Twój. Ja chcę przywołać ten najbardziej ponury czas zniewolenia w tych fragmentach wspomnień, które ukażą, jak my, będąc młodzi, staraliśmy się żyć jak normalni ludzie, jak z konieczności przyjęliśmy postawę dziwacznego konformizmu życiowego, blagi, podwójnego życia – tego normalnego i tego na pokaz, żeby mieć możliwość studiowania i pracy.
Pamiętasz ten szczegół przekazywania insygniów rektorskich jesienią 1952 roku przez odchodzącego na placówkę dyplomatyczną pierwszego rektora WSP profesora Smetanę profesorowi Rospondowi? Smetana wyznaczył swoim studentom na odchodnym linię postępowania. Mówił m.in. o tym, jak dobrze się stało, ze został wraz z rodziną wywieziony w 1940 roku na Sybir (było to zaledwie 12 lat wcześniej). Mówił, że jest wprost szczęśliwy, bo poznał na Syberii wspaniałych ludzi radzieckich. Tam nauczył się godnie żyć i oto dzisiaj on, rektor, przekazuje władzę nad uczelnią profesorowi Rospondowi. I tu nastąpiła zwyczajowa wymiana ukłonów (co nazwaliśmy scyzorykowaniem).
Dobrze zapamiętałeś, że na prośbę rektora Rosponda (który miał brata biskupa, o czym szeptem mówiło się w kręgach towarzyszy partyjnych) nasz kolega Henio Wopiński założył chór. Ustalili z rektorem repertuar. Najważniejszym punktem była „Kantata o Stalinie”. Zabawne, ale jakże charakterystyczne dla tamtych czasów: brat biskupa każe śpiewać o wodzu narodów. Pamiętasz Heniek, obdarzony poczuciem humoru (jak Laskowik, też z Poznania) wprowadzał nas w nastrój radosnego uniesienia, biegł od fortepianu z rogu sali w naszą stronę z uniesionymi w górę rękami głośno śpiewał, a my za nim darliśmy się: „ O wodzu narodów radzieckich, Stalinie, płynie ta pieśń…” I wszyscy byli zadowoleni. Rektor mógł spokojnie rządzić, pisać prace naukowe, tylko obowiązkowo wszyscy, którzy coś drukowali, musieli we wstępie zupełnie bez sensu, ładu i składu, umieszczać „ustawowy” werset: „Jak pisze Józef Stalin w swoim dziele”… tezy o języku, a metodologia badań… należy… i wszystko już było w porządku – prawomyślnie i naukowo. My, studenci, mogliśmy spokojnie oddawać się rozpuście i przy zasłoniętych oknach grać w brydża.
W innych uczelniach było gorzej. Mój szkolny kolega z liceum w Miliczu Remek Burliński, za dowcip o Stalinie wypowiedziany półgłosem na ćwiczeniach z podstaw marksizmu – leninizmu na II roku geologii Uniwersytetu Wrocławskiego, został aresztowany zaraz po zajęciach (nie doszedł nawet do akademika) i zesłany na rok do pracy w kamieniołomach w Strzegomiu.
Pisałeś w wywiadzie o kłopotach naszej koleżanki z profesorem Bąkiem, który mówił, że nie jest temu winien, iż ona jest w ciąży i oblał ją na egzaminie. Ale koleżanka miała większe kłopoty. Zgubiła mianowicie portfel z dowodem osobistym, pieniędzmi i …legitymacją partyjną. To było najgorsze. Na kilku zebraniach POP w związku z tym toczyła się gorąca dyskusja. Wyżywali się na niej towarzysze, nie bacząc na jej stan. Ton nadawał niejaki Piotrkowski z II roku rucystyki oraz „trzyćwierciowy”, grubiutki asystent z wydziału mat-fiz (sekretarz partii). To był kompletny dom wariatów. Normalny człowiek dzisiaj tego nie pojmie. Film „Good-bye Lenin” to małe góry w porównaniu z wrocławskimi Himalajami absurdu. Wszystko zgodnie z wskazaniami Stalina, iż w miarę rozwoju socjalizmu walka klasowa zaostrza się. Należy zatem wzmóc czujność klasową i tacy jak towarzyszka Iksińska szkodzą partii, bo wróg tylko czeka, by podnieść zgubioną legitymację, z nią wejść do Komitetu Centralnego i narobić kłopotów. Koleżanka płakała, składała samokrytykę, że żałuje takiego uczynku, zgubienia skarbu – legitymacji partyjnej. Inna koleżanka, nawiedzona aktywistka z Wrocławia, niszczyła na zebraniach ZMP naszej grupy koleżankę Marysię Szlachetko pochodzącą spod Tarnopola – za to, że zadaje się z niejakim Draszką, z III roku fizyki. Oczarował naszą Marysię, bo nikt nie miał butów na słoninie, spodni szytych w kancik, wzorzystych skarpetek, samodziałowej marynarki, koszuli nieskazitelnie białej, plerezy na głowie, krawatu z roznegliżowaną panienką. Marysia straciła dla niego głowę. Ale krytykantki wmawiały Marysi, że źle robi, bo ona, dziewczyna z dobrym pochodzeniem klasowym, zadaje się z takim bikiniarzem jak Draszka. Marysia była jednak nieugięta.
Powiedziała: „kocham Draszkę i już”. I wygrała. Byłem po latach an weselu jej córki w Warszawie. Marysia jest szczęśliwą matką i żoną, a pan Draszka poważnym biznesmenem. Być bikiniarzem – to brzmiało dumnie. Na bikiniarzach skupiała się programowa nienawiść komunistów, bo byli oznakami zachodniego systemu.
Teraz kilka zdań na temat naszego dziekana Stanisława Dąbrowskiego, bo to on przecież przenosił WSP z Wrocławia do Opola. Na własnych plecach nosił sprzęty, meble, przeładowywał książki, archiwa, urządzał nam akademik na Nysy Łużyckiej w Opolu, organizował kadrę. To on przecież usilnie prosił profesora Kolbuszewskiego o podjęcie pracy w Opolu. Zapewnił nam opiekę naukową, był postacią wielkiego formatu, jakich nie było w Opolu. Żaliła się po latach jego żona Klara Dąbrowska, że dziekan był niedoceniony, wyrzucony z partii za akowską przeszłość, odszedł z Opole w 1956 roku (zwrócono mu legitymację partyjną), by zostać kuratorem Okręgu Wrocławskiego. Gdy wrócił do Opola pod koniec lat sześćdziesiątych, nikt już nie pamiętał o jego zasługach dla uczelni. A przecież szereg lat uchodził za wzorzec doskonałego urzędnika o nienagannych manierach, mówił piękną polszczyzną, potrafił rozwiązywać wewnętrzne konflikty, bronił nauczycieli, pracowników nauki. W Miliczu, gdzie był dyrektorem liceum, mówiono, że był kapitanem, dowódcą okręgu wojskowego Armii Krajowej. W 1945 roku ujawnił się i przyjechał na zachód, do Milicza. Zamieszkał tu i został dyrektorem pięknej szkoły (wybudowanej przez Niemców w 1929 roku). Dziekanowi Dąbrowskiemu zawdzięczamy fakt, że zetknęliśmy się z Haliną Dzieduszycką, którą zatrudnił w WSP do prowadzenia lektoratu dykcji i wymowy. Była piękną aktorką, żoną hrabiego Tunia. Zatrudnił dziekan również innego aktora do reżyserowania sztuki pt. „Młoda gwardia” – był nim chudziutki, w wytartym paltociku i bereciku z antenką, nie kto inny jak obecny mistrz sceny Igor Przegrodzki. On to obsadził w roli Zoji Kosmodanki Hanię Kolendę, a mnie w roli Olega Koszewoja. Sam mistrz uczył nas, jak całować namiętnie aktorkę, a jednocześnie nie rozmazać jej szminki. Może to wtedy asystent prof. Rosponda Stefan Reczek (nasz ulubiony asystent) pozazdrościł mi tej ślicznej dziewczyny i po prostu wziął ją sobie. Po studiach wyszła za niego za mąż. Ciekawe, czy syn ich Miłek, znany wrocławski aktor wie, że jego matka tez była aktorką. Jako firma „Artyści z Wrocławia” ciężarowym samochodem jechaliśmy do Trzebnicy, by na scenie wołać: „Oleg, to ty strzelałeś?”. Miałem wbiec na scenę po dwóch strzałach, imitowanych przez petardy wykombinowane z magazynów studium wojskowego. Petardy wprawdzie wybuchły, ale zamiast w przewidzianym czasie, dopiero… po kilku minutach. Ogarnął nas histeryczny śmiech, widownia nam to jednak przebaczyła.
Teraz będzie o butach, w których przyjechałem z Milicza do Wrocławia w 1953 roku. Mama przechowywała je całą wojnę. Stały na prawidłach ciągle pucowane i pielęgnowane. Te buty oficerki dostał mój ojciec jako wyposażenie zawodnika (podoficera Wojska Polskiego) na zawody ogólno polskie we wszechstronnym konkursie konia wierzchowego, który miał się odbyć w Grudziądzu we wrześniu 1939 roku. Ojciec reprezentował 22. Pułk artylerii lekkiej z Przemyśla. Ale właśnie wybuchła wojna – zamiast na zawody, ojciec został skierowany do walk obronnych pod Częstochową. Buty zostawił w domu. Dostał się do niewoli, ale matka buty przechowywała. Ja ubrałem je i paradowałem, szpanując podczas studiów. Jesienią 1953 roku było ważne zebranie – wybory do egzekutywy PZPR. Wysunięto mnie jako kandydata. Na zebraniach był zawsze groźnie wyglądający profesor (?) Bertisch. Wyglądał na komunistę „sledowatiela”. Wykłady jego polegały na odczytywaniu żywcem WKP(b). Ciągle to samo – walka Stalina z jakimiś odchyleniami, bucharinowcami, wrogami komunizmu. Nie lubił mnie Bertisch. Łypał oczami po moich butach. Teraz zaczął na zebraniu wypytywać szczegółowo o moje pochodzenie.”Dlaczego ojciec był w niewoli?” „Czy na pewno nie był oficerem?” Cos tam kręciłem i w rezultacie towarzysz Bertisch kazał mnie skreślić z listy kandydatów. Odetchnąłem z ulgą. Chyba te buty mnie uratowały.
W Opolu przyjęto nas jak pamiętasz serdecznie. W teatrze był koncert powitalny, dyrygent orkiestry zaciągał po lwowsku. Powitał nas w imieniu „upolski urkistry symfoniczny”. Witali nas też starz Ślązacy, autentyczni, rodowici, mówiący piękną gwarą. W mieście wyczuwało się życzliwość mieszkańców w stosunku do studentów.
Cieszyliśmy się, ż jest z nami profesor Kolbuszewski i kilku innych naukowców z Wrocławia, m.in. prof. Zawadowski, wykładający pięknie językoznawstwo ogólne. Z nowej kadry zapamiętałem młodego naukowca, naszego rówieśnika, Jurka Pośpiecha, który prowadził zajmująco jakieś zajęcia na pierwszym roku, ale i z nami szukał kontaktu. Słuchaliśmy razem muzyki – fragmentów oper czy koncertów orkiestr symfonicznych. Z jakim przejęciem on o muzyce mówił! Potem był profesorem i rektorem uczelni. Teraz z zainteresowaniem czytałem jego wykład o przysłowiach epoki romantyzmu. Wspaniałości. Za szczególną miłością wspominamy, ja i moja żona Iza (rok niżej studiująca polonistykę), profesor Kolbuszewskiego. Ceniliśmy jego wykłady, np. wykładu monograficznego o Mickiewiczu słuchaliśmy przez kilka tygodni. Odwiedzaliśmy profesora w jego skromnym pokoiku, a nawet przymierzaliśmy jego togi, biret i gronostaje, który to strój wprowadził – już jako rektor – wkrótce w uczelni.
Tadeusz Nalewajko
Od red.: Autor listu, absolwent WSP w Opolu (1956r.), jest emerytowanym nauczycielem. Po studiach podjął pracę nauczyciela języka polskiego w Liceum Ogólnokształcącym w Miliczu.
W latach siedemdziesiątych był dyrektorem Liceum Ogólnokształcącego w Jeleniej Górze.

Wspomnienia zostały opublikowane w piśmie Uniwersytetu Opolskiego – „Indeks”. Numer 1-2, 2004r. 

Witryna, którą obecnie przeglądasz, wykorzystuje pliki cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych. Więcej informacji >>

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close