Krzysztof Borkowski: Wielki scenograf czyli kulisy Zimowej Giełdy Piosenki Studenckiej

II Zjazd Absolwentów WSP i UOPiszę te wspomnienia pamiętając, że nie ma już Marka Grechuty, Kazimierza Grześkowiaka i Ireny Jarockiej. Wszyscy oni pojawili się na Zimowej Giełdzie Piosenki Studenckiej w Opolu, a  potem zachwycali swoimi piosenkami całą Polskę. Gdzieś za kulisami tej giełdy piosenki z 1968 roku stałem ja, redaktor naczelny Miesięcznika Studentów Opola „Fama”, któremu powierzono zrobienie scenografii lub jak kto woli dekoracji sceny.

Niby prosta rzecz, a w praktyce same problemy. Moim doradcą artystycznym i wykonawcą był Bazyli Tichoniuk, który przybył do Opola z „trudno dostępnych terenów” Puszczy Białowieskiej, a teraz jest profesorem Uniwersytetu Zielonogórskiego. Ukończył liceum plastyczne i nadawał się do robienia dekoracji i innych artystycznych przedsięwzięć ZSP.  Po wejściu do naszej auli na wizję lokalną doszliśmy do wniosku, że bez zdjęcia wiszącego na ścianie sceny ogromnego orła dekoracji nie uda się zrobić. Wtedy nastąpiły komplikacje. Po pierwsze zgody na zdjęcie orła nie wyraził dyrektor administracyjny WSP Stefan Grobelny. Na nic zdały się moje argumenty. Nie i już! Tak naprawdę to przyjąłem tę decyzję spokojnie, bo sama myśl o zdejmowaniu bardzo ciężkiego orła napawała mnie obawami. Niestety teraz powstał kolejny problem. Czym zasłonić godło wielkości półtora metra na półtora? „Twórcy” scenografii wpadli w zadumę tak głęboką, że nawet kilka lampek wina w „Ekspresiku” jej nie rozwiało.

Następnego dnia zrodził się w mojej głowie pomysł, który po krótkiej aczkolwiek twórczej dyskusji z Bazylim zaczęliśmy wprowadzać w życie. Kupiliśmy kilka arkuszy tak zwanego „bristolu” i zaczęliśmy tworzyć znaną mi ze spacerów po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej roślinę czyli dziewięćsił , po łacinie carlina. Dla mniej orientujących się w roślinności jurajskiej dodam, że jest to karłowaty oset pięknie rosnący na jurajskich wzgórzach. Kilka godzin pracy i dziewięćsił zasłonił orła. Jeszcze kilka mocowań na samej górze boazerii, która miała jakieś cztery metry wysokości i można podziwiać efekt końcowy.

Jako bardziej sprawny fizycznie właziłem na drabinę, którą przed ześlizgnięciem się po parkiecie sceny  Bazyli blokował nogą. Dla bardziej wyczulonych na problemy bezpieczeństwa i higieny pracy dodam, że drabina była jak najbardziej zwyczajna. Nie posiadała żadnych gum na stopach, ostro zakończonych czy zaopatrzonych w jakieś tam zabezpieczenia końcówek. Kiedy zamocowałem ostatni element dekoracji mój artystyczny pomagier stwierdził, że zobaczy jak dekoracja wygląda z głębi auli i poczłapał spokojnie pomiędzy rzędami krzeseł zostawiając drabinę bez jakiegokolwiek zabezpieczenia. Stałem na górze drabiny i kurczowo trzymając się boazerii oraz elementu betonowej rynienki, w której znajdowały się świetlówki zerkałem raz na dół czy drabina nie odsuwa się od ściany, to znów na Bazylego idącego spokojnie na sam koniec sali. Kiedy zadowolony stwierdził, że dobrze to wygląda i przyczłapał z powrotem na scenę, bardzo spokojnie poprosiłem go aby raczył zablokować drabinę , bo mam zamiar zejść na dół. Dopiero po zejściu na deski sceny wyraziłem bardzo nieparlamentarną opinię o jego poczuciu odpowiedzialności za całość organizmu kolegi stojącego na górze drabiny.

Jednak zadowolony z efektu scenograficznego Bazyli Tichoniuk zupełnie nie przejął się moją irytacją. Nie znam opinii dotyczących scenografii tej giełdy, ale sama giełda była niesamowitym wydarzeniem. Zimowa Giełda Piosenki Studenckiej w maleńkim Opolu okazała się lepsze niż Festiwal Studencki w Krakowie, gdyż na scenie pojawili się najwybitniejsi studenccy wykonawcy, którzy kilka miesięcy później stali się prawdziwymi gwiazdami zdobywającymi miliony fanów. Ale oprócz wykonania scenografii podjęliśmy w Redakcji „Famy” decyzję o przyznaniu specjalnej nagrody Kazimierzowi Grześkowiakowi, którego piosenka „Chłop żywemu nie przepuści” wyjątkowo nam się podobał, bo kpiła z przywar i chamstwa pleniącego się wśród wiejskiego ludu. Nagrodą miał być kufel pełen piwa. Piwo jak piwo, ale kufel musiał być okazały. Odwiedziłem więc opolską „Desę” posiadającą salon sprzedaży w pomieszczeniach dzisiejszego hotelu „Mercure” przy zbiegu ulic Krakowskiej i 1 Maja. Znalazłem piękny kufel wyceniony na około sto złotych, co wówczas było niezłą sumą, ale dzisiaj trzeba za taki eksponat zapłacić dużo więcej. Kufel miał jednak poważną wadę. Piękny złotymi literami wypisany tekst w języku ….niemieckim! „Zum goldene hochzeit”, czyli po polsku „ Na złote gody!”, otoczony wspaniałym obramowaniem. Całość pyszniła się cudownym blaskiem złota. Czy wypada w „od wieków piastowskim Opolu” wręczyć kufel z niemieckim napisem i to zupełnie nie pasującym do imprezy?

Redakcja „Famy” wpadła w głęboką zadumę i po długich dyskusjach podjęła decyzję. Napis należy usunąć nie uszkadzając jednak szkła. Z ogromnym żalem usunąłem przy pomocy papieru ściernego napis i kufel, co prawda mniej zdobny był gotów do wręczenia. Sam moment wręczania kufla Kaziowi Grześkowiakowi uwieczniliśmy na stronach ostatniej „Famy”. Na zdjęciu widać kufel z piwem i ogromną pieczęć lakową z odciskiem pieczątki „Famy”, która miała średnicę 7 centymetrów i doprowadzała partyjnych strażników moralności i poprawności politycznej, czyli cenzorów do prawdziwych stresów. Za Redakcją „Famy” widać ów ogromny dziewięćsił zasłaniający  orła. Z boku skromnie stoi laureat naszej nagrody czyli Kazimierz Grześkowiak. Do dzisiaj mam wyrzuty sumienia, czy aby nie przyczyniliśmy się do nałogu, częstego w artystycznych gremiach, który wydatnie skrócił żywot tego wspaniałego studenckiego barda.

Giełdy piosenki studenckiej dawały czasem okazję do robienia rzeczy nic wspólnego nie mających ze studiami matematycznymi. Działając w „Radiosygnałach” przeprowadziłem wywiad z Teresą Tutinas obdarzoną potężnym głosem zagrażającym słabym mikrofonom w naszym studiu. Drugim wywiadem była rozmowa z Urszulą Sipińską, której talent i zjawiskowa uroda onieśmielała nawet mojego przyjaciela Karola Machaczkę powszechnie znanego z obcesowego zachowania, przez co lepiej wychowanych, nazywanego po cichu zwykłym chamstwem. Przez pół dnia błagał mnie o załatwienie autografu Urszuli. Otrzymał po wywiadzie i koncercie w „Skrzacie” upragniony autograf na programie koncertu.

Drugi egzemplarz – przeznaczony dla mnie!- z osobistymi notatkami Urszuli Sipińskiej, a raczej „odfajkowaniami” wykonanych piosenek, do dzisiaj jest w mym posiadaniu. Jak zatem nie przypomnieć w toku wspominek naszej Zimowej Giełdy Piosenki Studenckiej słów kilku piosenek, które zapadły w moją pamięć bardzo głęboko, ale naprawdę są tego warte.

Więc najprzód owe: „Chłop żywemu nie przepuści, jak się żywe napatoczy nie pożyje se, a juści”. A potem Marka Grechuty :

Dam ci serce szczerozłote,

Dam konika cukrowego,

Weź to serce , wyjdź na drogę

I nie pytaj się , dlaczego?”.

I na koniec dwa cytaty z piosenek Urszuli Sipińskiej , „Zapomniałam” i „Poziomki”.       

„Zapomniałam twoje oczy,

Zapomniała twoje usta,

Nasza ścieżka pod sosnami stoi pusta.

 

„Nie widziałam ciebie już siedem miesięcy,

Obliczyłam, że to jakby pół wieku

….

Nic się nie martw nazbieramy poziomek,

Tylko przyjedź zanim całkiem się ściemni,

Zanim mrok się położy na ścieżki,

Zanim się ściemni”.

Prawie pół wieku temu studenckie piosenki wnosiły w życie artystyczne Polski prawdziwe uczucia, liryzm i poezję. Czysty strumień ożywczej świeżości i piękna.