Krystyna Borucińska: Październik 1956 w Opolu

Przez cały pierwszy rok studiów w naszym żeńskim gronie nie było żadnych politycznych dyskusji, czytania gazet, a tym bardziej uczestniczenia w zebraniach, jeśli nie liczyć formalnej przynależności do ZMP, która obligatoryjnie ciągnęła się za nami z czasów licealnych. Nasz świat koncentrował się wokół pierwszych uczuć i rozterek, przyziemnych problemów codziennego życia, zaspokajania potrzeb w sferze kultury i rozrywki. Pilnowałyśmy wszystkich zajęć, aby za wszelką cenę nie zabałaganić indeksów, nie zawieść siebie i swoich najbliższych, na których zawistnym okiem patrzyło lokalne środowisko.
To nasze polityczne uśpienie przerwał nagle październik 1956. Już podczas inauguracji nowego roku akademickiego wyczuwało się jakieś napięcie, jakieś niepokojące przekazy w słowach przemawiających do nas władz uczelni i kogoś z zewnątrz. Wśród męskiej części studentów szeptem przenosiły się komentarze, słowa aprobaty i dezaprobaty. Po zakończeniu uroczystości niektórzy z nas pozostali na miejscu, gestykulowali, zapalali się w dyskusjach. W holu akademika na gazetce ściennej zaczęły pojawiać się wycinki z gazet, ogłoszenia, plakaty i hasła. Coraz częściej powtarzano nazwisko Władysława Gomułki. Jeszcze tak nie dawno z licealnego podręcznika do nauki o Polsce i świecie współczesnym musiałam wykuwać dziesięć błędów Wiesia, potępiać jego „prawicowo-nacjonalistyczne odchylenia”, podzielać słuszność decyzji o skazaniu go w 1951 roku na kilka lat więzienia. A teraz, proszę, wszystko się odmieniło: uznano bezpodstawność oskarżeń, zrehabilitowano, VIII Plenum wybrała go na członka Biura Politycznego i powołała za stanowisko I sekretarza PZPR. W przypadkowych, rozpolitykowanych kręgach uświadamiano mnie, że w Gomułce cała nadzieja na polepszenie sytuacji w kraju, na odejście do spowodowanej kultem jednostki. Powoli udzielała mi się atmosfera podniecenia i poparcia dla nowego wybawcy. Na uczelni wciąż wrzało.
24 października wybuchła istna euforia. Studencka brać porzuciła sale wykładowe, opustoszał niemal całkowicie nasz dom. Na dziedzińcu odbywał się wiec, a potem ruszył pochód. Ręka w rękę szli z nami pracownicy uczelni. Z transparentami w rekach ruszyliśmy ulicą Katowicką w kierunku centrum. Wszyscy skandowali: Gomułka! Gomułka! Białe studencie czapki fruwały na wiwat. A po chwili rozległo się gromkie, w przestrzeń rzucone zaproszenie: Chodźcie z nami!… Chodźcie z nami! I znowu: Gomułka! Gomułka! Ludzie pozdrawiali nas z otwartych na oścież okien. Przystawali przechodnie. Gromadzili się, a potem dołączali do naszego pochodu. Ulica potężniała. Nigdy potem w całym swoim życiu nie czułam takiej jedności tłumu, takiego ciepła gorących polskich serc. Przez cały czas byłam blisko Heni Fontowicz. Szłyśmy ramię w ramię. Z nadzieją myślałyśmy o tym samym: może i ten wiec przyniesie nam szczęśliwsze dostatniejsze dni, odsunie w niebyt troskę o codzienna kromkę chleba? Wracałyśmy do akademika zachrypnięte, ale szczęśliwe i dumne.
Za dwa dni wstrząsnęła nami porażająca wieść: Rozpoczęła się rewolucja na Węgrzech. Wkroczyły wojska radzieckie. Polała się krew! Znowu zgromadzenia, zebrania, lokalne wiece wsparcia. Oto na krzesło wskakuje rozgorączkowany, niewielki wzrostu student matematyki: To zdrada! – krzyczy z całych sił – To zamach na niepodległość! Chamskie bezprawie! A zaraz po nim zrywa się następny: Wesprzyjmy naród węgierski w jego dążeniu do niepodległości! Potem gorący apel: Studenci! Węgierscy bracia potrzebują naszej krwi, nie żałujmy jej!
Na tablicy ogłoszeń pojawił się plakat: czołg z powiewającą nad nim flagą z trupią główką. Na czołgu wielkimi literami napis: „Droga do socjalizmu”. Tłumnie odpowiedzieliśmy na apel o oddawaniu krwi. Z najbliższego punktu pobory wróciłam nieco osłabiona i oszołomiona.
Nie zabrakło nas na wielkim wiecu solidarności, który odbył się na największym placu zgromadzeń w mieście, noszącym imię Armii Czerwonej. Właśnie z powodu tej nazwy wiec miał szczególny charakter i emocjonalną wymowę, a przebiegł niesłychanie burzliwie pod czujnym nadzorem milicji i ORMO. W centralnym miejscu placu ogromna mównica. Pod narodową, węgierską flagą studencka warta honorowa w białych czapkach i żałobnych strojach. Wśród pełniących wartę jest kolega z naszego roku Stefan Krupiński. Przez cały czas trwa kwestia. Do otworu w mównicy podchodzą zebrani – wrzucają pieniądze. Jakiś dziadziuś ze wzruszeniem podnosi swoja wnuczkę. Przechodzący żołnierze i oficerowie oddają honor. Z mównicy padają gorące słowa poparcia dla bohaterskiego zrywu narodu węgierskiego. Wystąpienia są przerywane gorącymi owacjami solidarności.
Październik 1956 roku spowodował rozwiązanie masowej organizacji Związku Młodzieży Polskiej (ZMP), do której należeliśmy prawie wszyscy. Jak już wspomniałam, była to naturalna kontynuacja ze szkoły średniej. W zachowanym spisie członków ZMP z naszego roku w rubryce „data wstąpienia” widnieją lata: 1954, 1953, 1952, 1951, 1950, a nawet rok założenia – 1948. Kilku naszych kolegów brało udział w jej rozwiązywaniu w niektórych szkołach, między innymi w Technikum Ekonomicznym. Po oficjalnym zniknięciu ZMP nie wykazywałyśmy dalszego zainteresowania nowym ZSMP.
Zbliżały się wszakże wybory do Sejmu PRL. Z tej okazji 29 listopada w godzinach popołudniowych odbyło się zebranie studentów w celu wybrania kandydata spośród kadry dydaktycznej naszej uczelni. Razem z Lusią i jej sympatią Mieciem, poważnym studentem fizyki, poszłam i ja, powodowana zarówno samą ciekawością, jak i chęcią ujrzenia obiektu moich westchnień, z którym akurat nie układało się według potrzeb serca. Zajęliśmy miejsca w jednym z ostatnich rzędów.
Po paru minutach zebranie się rozpoczęło. Na Sali około 120 studentów. Najpierw tradycyjne powitanie, a potem nudnawe słowa wstępu o celu, ważności itp. Temperatura wzrosła dopiero wtedy, kiedy pod rozwagę i ostateczny wybór zaproponowano trzech kandydatów, pracowników naszej uczelni – wykładowcę ekonomii politycznej K. Krzyżaka, dziekana Wydziału Filologicznego Stanisława Dąbrowskiego oraz rektora Stanisława Kolbuszewskiego. Już od samego początku na Sali zaznaczyły się dwa zażarte obozy: zwolenników Krzyżaka i zwolenników Kolbuszewskiego. Zwolennicy Krzyżaka skupili się wokół III i IV roku fizyki, zaś ich przeciwnicy wokół III i IV roku filologii polskiej. Po obu stronach pojawili się zajadli temperamentni agitatorzy. Szczególnie skutecznym talentem wykazał się kolega z naszego roku Jacek Strzałka, niepozornie fizyczny chłopak o bardzo żywym usposobieniu i sugestywnej gestykulacji. Biegał po sali, agitując to tę, to ową grupę zebranych za swoim ulubieńcem K. Krzyżakiem.
Glosowanie było tajne. W pierwszej turze najwięcej – 56 głosów, uzyskał Krzyżak, pozostali dwaj – mniej więcej po tyle samo – 36. Fizycy zatriumfowali. Na Sali powstał niemały rozgardiasz. Aliści taki wynik oburzył zarówno dziekana jak i rektora. Zarzucając niewłaściwe zachowanie się studentów, na znak protestu wycofali swoje kandydatury. Powstała konsternacja. Wtedy zabrał głos ktoś trzeci. Padły niewybredne słowa pod adresem nagannie zachowującej się grupy. Uświadomiono wichrzycieli, że kandydatem na posła powinien zostać człowiek, któremu rzeczywiście leży na sercu dobro uczelni, ktoś naprawdę znany i cieszący się niepodważalnym autorytetem, zarówno w lokalnym jak i opolskim środowisku. Niewesołe myśli towarzyszyły mi w minutach tego wystąpienia. Mimo iż oddałam swój glos na dziekana, to poczułam jakiś zgrzyt – nadwyrężono podkreślaną wielokrotnie zasadę pełnej demokracji i wolności. Dwaj obrażeni kandydaci zostali przeproszeni przez skruszonych i przywołanych do porządku studentów. Po tym akcie rektor wznowił swoją kandydaturę. Natomiast dziekan pozostał nie ugięty, oświadczając, że woli swoje głosy dołączyć na rzecz kolegi. Doszło do unieważnienia głosowania. Podczas ogłoszone przerwy rozeszły się wici – przywołano na zebranie liczne grono nowych studentów. Sala wypełniła się po brzegi. Zrobiło się bardzo duszno, nie tylko z powodu rozgorączkowanej atmosfery. Szum, gwar i krzyk nie ustawał. Wznowiono głosowanie, a po nim ponownie ogłoszono przerwę. Wszędzie – na korytarzu, na schodach, na sali – potworzyły się głośno dyskutujące i gestykulujące grupki. Stanęłam na jakimś podwyższeniu, zainteresowana jednocześnie sprawami serca i wynikiem wyborów. Po rezygnacji dziekana cała moja sympatia przeszła na rektora Kolbuszewskiego. Jego niewielka, szczupła postać o siwych włosach wzbudzała we mnie głęboki szacunek. Z całej postawy, ruchów i spojrzenia emanowała jakaś niezwykła umysłowość i urok dobrego mądrego człowieka. Stał otoczony grupą studentów, całkowicie pochłonięty ożywioną z nimi rozmową. Tłumaczył im coś, wspomagając słowa gestykulacją rąk. Obserwowałam mowę jego wyrazistych ożywionych oczu, które to się zmrużały, to znów rozszerzały, w zależności od wypowiadanych myśli.
Aż wreszcie nastąpił moment ogłoszenia wyników przez przewodniczącego komisji skrutacyjnej. Przytłaczającą ilością 174 głosów kandydatem na posła został rektor Stanisław Kolbuszewski. Entuzjazm jego zwolenników nie miał granic. Długo niemilknące oklaski i owacje zakończyły się odśpiewaniem tradycyjnego „sto lat”. Wzruszony rektor pięknymi słowami podziękował studentom za zaufanie, zapewniając o swoich dalszych wysiłkach na rzecz rozwoju uczelni. Prawie natychmiast po jego krótkim wystąpieniu rozległy dźwięki porywającej samby i rozpoczęła się wielka studencka taneczna feta, w której nie zabrakło i mnie. Uczestnicząc w burzliwych, historycznych wydarzeniach 1956 roku nawet nie podejrzewaliśmy, że będą one miały bezpośredni wpływ na kształt naszych filologicznych studiów, na indywidualne losy każdego z nas. Kiedy już wszystko ucichło i zapanowała atmosfera odwilży, zaczęto coraz głośniej mówić o likwidacji obowiązkowego nauczania języka rosyjskiego w szkołach podstawowych i średnich. A to brzmiało jak wyrok, nie tylko dla tysięcy już zatrudnionych nauczycieli, ale i dla nas, studentów filologii rosyjskiej, a w konsekwencji zapowiadało likwidację kierunku na naszej WSP. W dotychczas wesołych i roześmianych pokojach zapanował smutek i przygnębienie.
Naszym losem przejęły się również władze uczelni z rektorem prof. Stanisław Kolbuszewskim i dziekanem Wydziału Filologicznego dr. Stanisławem Dąbrowskim na czele. Pod koniec trzeciego semestru zakomunikowano nam oficjalnie, że specjalnie dla nas zostanie stworzona możliwość dodatkowych studiów z zakresu historii. To światełko w ciemnym tunelu jednak nie wszystkich wprawiło w zachwyt. Byliśmy już i tak wystarczająco obciążeni niezwykle pracochłonnymi przedmiotami i wielu nie nadążało z pokonywaniem codziennych trudności. Tym bardziej, że nie godzono się na uszczuplanie dotychczasowego programu filologii, zaś o zlikwidowaniu przedmiotów światopoglądowych, kształtujących świadomość socjalistyczną, nie mogło być mowy. Zatem podjęcie uzupełniających studiów historycznych oznaczało przebywanie w salach wykładowych od rana do wieczora, dodatkowe zmęczenie oraz rozpaczliwy brak czasu na młodość, która tak intensywnie wyzwalała w nas coraz to nowe pragnienia i potrzeby.
Mimo to znalazła się grupa, która podjęła to nowe, trudne wyzwanie. Znalazłam się w niej i ja. Zajęcia odbywały się w formie wykładów i ćwiczeń. W ciągu pięciu semestrów zgłębiliśmy wiedzę w zakresie czterech przedmiotów: historii Polski (4 semestry, 2 egzaminy), historii starożytnej (1 semestr, 1 egzamin), historii średniowiecza (2semestry, 2 kolokwia), historii powszechnej (2 semestry) oraz metodyki nauczania historii (1 semestr). Wykładowcy (dr Alojzy Gembala, dr Leszek Winowski oraz mgr Maria Piwońska) byli w stosunku do nas bardzo sympatyczni i wyrozumiali. Z uwagi na niedostępność niezbędnych materiałów starali się nam przekazać maksymalnie dużo wiedzy podczas zajęć. Przynosili ze sobą wiele dokumentów, tekstów źródłowych i map. Do historii starożytnej dr Alojzy Gembala udostępnił nam skrypt swojego autorstwa. Dr Leszek Winowski dołożył wiele starań, aby pogłębioną wiedzą wykorzenić powszechnie panujący stereotyp o ciemnym, zacofanym średniowieczu.
Szczególnie polubiliśmy zajęcia z doktorem Kazimierzem Orzechowskim, który całą naszą grupę traktował z wyjątkową sympatią. Wykłady i ćwiczenia z historii Polski przeplatał barwnymi opowieściami i anegdotami, a one w znacznym stopniu pomagały w kojarzeniu dat i zapamiętywaniu obszernego materiału. Egzaminy z historii Polski, chociaż niełatwe należały do przyjemnych i satysfakcjonujących. Zdarzało się, że wykładowca zapraszał wszystkich do kawiarni w mieście na dalsze wesołe opowieści i pogawędki. Byliśmy pełni podziwu i uznania dla jego wiedzy, elokwencji, pedagogicznego talentu, humoru, osobistej kultury i elegancji. Pozostał dla nas niedoścignionym wzorem i autorytetem.
Nasze dodatkowe studia wpłynęły w sposób na zmianę nazwy wydziału. W roku akademickim 1955/56 zaczynaliśmy je na Wydziale Filologicznym, zaś kończyliśmy je już na Wydziale Historyczno-Filologicznym. I w tym aspekcie okazaliśmy się rokiem również wyjątkowym, w dziejach uczelni zasługującym na szczególną uwagę.
Krystyna Borucińska

Wspomnienia zostały opublikowane w piśmie Uniwersytetu Opolskiego – „Indeks”. Numer 5-6, 2004r. 

Witryna, którą obecnie przeglądasz, wykorzystuje pliki cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych. Więcej informacji >>

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close