Kazimierz Kościak: Moja WSP

Autor: absolwent K. KościakW czerwcu 1964 roku zdałem pomyślnie maturę w I Liceum Ogólnokształcącym im. Jędrzeja Śniadeckiego w Dzierżoniowie. Teraz studia. Jakie, gdzie? Wcześniej, już po VIII klasie postanowiłem, że będę studiował polonistykę i w tym kierunku do matury robiłem wiele. Czytałem, pisałem, brałem udział w konkursach recytatorskich, przygotowałem szkolny spektakl – inscenizację „Eugeniusza Oniegina” w oryginale (tj. w języku rosyjskim). No właśnie. Bo z języka rosyjskiego byłem równie dobry, byłem jednym z najlepszych w szkole. Na ustnej maturze z rosyjskiego wylosowałem charakterystykę Oniegina. Była akurat wizytatorką z kuratorium wrocławskiego, rusycystka. Moja profesorka wiedziała, że dam popis. Dałem. Z tego powodu moje profesorki – polonistka i rusycystka spierały się, czy powinienem iść na polonistykę, czy na rusycystykę. Wybrałem polonistykę w opolskiej uczelni. Szkoła wysłała niezbędne dokumenty. Wkrótce otrzymałem zawiadomienie, datowane 17 czerwca 1964 r., że zostałem dopuszczony do egzaminu wstępnego na I rok studiów na Wydziale Filologiczno-Historycznym kierunek filologia polska. Egzamin miał się odbyć 27 czerwca br. o godz. 9.00 w lokalu uczelni przy ul. Oleskiej 48. Zdawaliśmy pisemny i ustny z języka polskiego i ustny z historii Polski. Ruch był jak w Rzymie, emocje, zdenerwowanie. Na pisemnym był oczywiście mój ulubiony Żeromski (rok Żeromskiego. Trwał Festiwal Polskiej Piosenki w Opolu, w akademiku „Mrowisko” mnóstwo gwiazd polskiej piosenki. Niewiele mnie to wtedy obchodziło. Egzaminy przeszły. Teraz wypadało czekać na wyniki. Wkrótce później otrzymałem pismo datowane 7 lipca 1964 powiadamiające mnie, że zostałem przyjęty na I rok studiów na kierunku filologia polska w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu. Ogromna radość. Teraz oczekiwanie do 1 października na inaugurację roku akademickiego i rozpoczęcie studiów. Jeszcze tylko załatwić kilka formalności, głównie z poborem do wojska. Zanim to zrobiłem wojsko samo upomniało się o mnie – dostałem wezwanie do poboru. Pojechałem do Wojskowej Komendy Rejonowej w Ząbkowicach Śl. (właściwej dla miejsca zameldowania) i przedstawiłem zawiadomienie o przyjęciu na studia. Trafiłem na twardogłowego oficerka, który nie chciał uznać mojego zawiadomienia o przyjęciu na studia jako właściwego dokumentu do odroczenia poboru. Zdesperowany i wystraszony, że moje dotychczasowe wysiłki na polu zdobywania wiedzy i wykształcenia zostaną zniweczone, napisałem do uczelni o wystawienie mi stosownego dokumentu. Otrzymałem (bardzo szybko) odpowiedź, że wszelkie zaświadczenia otrzymam w październiku po podjęciu studiów, a tymczasem powinienem się legitymować przysłanym mi zawiadomieniem o przyjęciu na studia. Poszedłem jeszcze raz do WKR. Tym razem pan oficer nie stawiał już większych oporów. Powiedział tylko: „my znamy już takich studentów wielu” i dodał: „wkrótce i tak się spotkamy”. W duchu podniosłem do góry zgięte w łokciu ramię z zaciśniętą pięścią i powiedziałem „Takiego wała jak Polska cała!”. Zrobię wszystko, żebyś nie miał Satysfakcji. I zrobiłem. 1 października odbyła się inauguracja roku akademickiego 1964/65 w auli uczelni. Dostałem miejsce (odpłatne) w domu studenckim na pl. Armii Czerwonej. Takie poddasze, z niskimi pokojami. Mieszkało tam kilkudziesięciu studentów, jeśli dobrze pamiętam, tylko z I roku studiów. Całość studenci nazywali gołębnikiem. Z okien widać było z jednej strony rozległy plac, z drugiej Teatr Lalek przy ul. Kośnego. Podłogi skrzypiały, wszystko się trzęsło. Ale było wesoło. Tymczasem zaczęły się zajęcia na uczelni. Zanim jednak rozpocząłem regularne studiowanie, musiałem jeszcze załatwić kilka formalności. Okazało się, że nie nauczono mnie dorosłego życia, poruszania się w świecie, w którym obowiązują pewne reguły postępowania. Zdałem maturę, z powodzeniem dostałem się na wybrane zgodnie z zainteresowaniami studia. Tylko za co studiować? Byłem wychowankiem domu dziecka, pełnym sierotą. Skończyłem szkołę średnią, miałem 20 lat, musiałem opuścić dom dziecka i nikt nie interesował się moim losem. Na szczęście przygarnęła mnie rodzina. W wakacje zarobiłem 1200 złotych. Taka przeciętna miesięczna pensja. Na krótko wystarczy. A co dalej? Dostałem odpłatny akademik, ale ani stypendium, ani bonów żywnościowych. Nic. Nie wystarczyło, co jest zrozumiałe, że napisałem o moim statusie socjalnym w życiorysie. Każdy może napisać. Na szczęście w dniu inauguracji roku akademickiego w holu uczelni Rada Uczelniana Zrzeszenia Studentów Polskich zorganizowała dla studentów I roku punkty informacyjne, prowadzone przez działaczy studenckich ze starszych lat. Poszedłem, przedstawiłem swoją sytuację z pytaniem, co robić dalej. Dostałem ulgowy bon żywnościowy do stołówki na dwa tygodnie i miałem dostarczyć zaświadczenie, że rzeczywiście jestem sierotą wychowanym w domu dziecka. Wtedy z pozostawionej rezerwy dostanę to wszystko, co w tej sytuacji mi przysługuje. Pojechałem do macierzystego domu dziecka i przywiozłem wymagane. Złożyłem je wraz z podaniem do uczelnianej komisji stypendialnej i wówczas przyznano mi bezpłatne miejsce w domu studenckim, pełne stypendium i pełny ulgowy bon żywnościowy, do którego dopłacałem za wyżywienie ok. 180 zł miesięcznie. Dostałem też jednorazową zapomogę pieniężną w wysokości 1500 zł. Mój byt był zabezpieczony. Mogłem studiować. Tymczasem wkrótce po naszym zamieszkaniu w akademiku na pl. Armii Czerwonej rozpoczęto jego remont. Wszystkich nas przeniesiono tymczasowo dwa czy trzy piętra niżej, na I piętro, do pomieszczeń zajmowanych dotychczas przez organizacje młodzieżowe – zarządy ZMS i ZMW, które przeniesiono gdzie indziej. W pokojach zagęszczenie wzrosło, przejściowo nawet spaliśmy po dwóch w jednym łóżku (krótko), szybko jednak zorganizowaliśmy sobie życie. W naszym pokoju mieszkali poloniści i kolega z kierunku wychowania technicznego. Z tego właśnie okresu pozostał mi ustalony kolegialnie regulamin współżycia w pokoju, który pozwolę sobie zacytować:

REGULAMIN POKOJU NR 16, KTÓRY DO WIADOMOŚCI I KU PRZESTRZEGANIU TEGOŻ PODAJEMY

1. Palenie tytoniu dozwala się do godz. 22.00.

2. Sprzątanie sali co drugi dzień w porządku alfabetycznym.

3. Odwiedziny w dni nieurzędowe tylko do godz. 20.00.

4. Słuchanie magnetofonu za zgodą właściciela i większości.

5. Przyjmowanie gości: wtorki, czwartki i niedziele od godz. 14.00 do 21.00.

6. Czyszczenie obuwia i ubrań na korytarzu.

7. Ilość gości ograniczona i tylko znana ogółowi.

8. Wypożyczanie pokoju osobom postronnym wzbronione.

9. Zamykanie pokoju celowe.

10. Po godz. 23.00 można korzystać tylko ze światła przyciemnionego.

11. Przemeblowywanie pokoju i zmiany dekoracji tylko za zgodą ogółu.

12. Mycie się codziennie dwa razy. Za nieumycie się kara 50 gr.

13. Kąpanie się przynajmniej raz w tygodniu.

14. Wieszanie wypranej bielizny w pokoju wzbronione. Wyjątkowo czysto wyprane skarpetki, chusteczki do nosa.

15. Ścielenie łóżek w dni odwiedzin obowiązkowe.

16. Wietrzenie sali w miarę i w razie potrzeby.

17. Cisza nocna od godz. 23.00. Rozmowy w czasie uczenia się niewskazane. Rozmawiać wolno półgłosem.

18. Od godz. 23.00 wolno rozmawiać tylko półgłosem.

19. Używanie wyrazów niecenzuralnych osobom obcym wzbronione.

20. Sprawy seksualne na własnym łóżku, krześle, kancie stołu (wyjątek kolega z piętra).

21. Mieszkańców pokoju obowiązuje koleżeńskość i solidarność. Interwencja sąsiedzka w razie potrzeby.

22. Obowiązuje „per pan” przy imieniu przy obcych, w uczelni i na stołówce.

23. Wszystkich obowiązuje przestrzeganie zasad savoir-vivru.

24. Picie alkoholu w pokoju wzbronione, za wyjątkiem imienin, urodzin itp.

25. Przedmioty codziennego użytku i podręczniki są własnością mieszkańców, a ich wypożyczanie poza obręb pokoju tylko za zgodą właściciela.

26. Organizowanie orgietek i ubawów tylko za zgodą całości. (dyskusyjne)

27. Nieprzestrzeganie przepisów niniejszego regulaminu pociąga za sobą sankcje karne sądu koleżeńskiego.

28. Dokonywanie poprawek w regulaminie tylko za zgodą ogółu.

29. Skład sądu koleżeńskiego ustala się w razie potrzeby.

30. Regulamin wchodzi w życie z dniem 9 listopada Anno Domini 1964 r.

Ad 26: bawią się wszyscy mieszkańcy pokoju. Za zgodą mieszkańców Kościak K.(podpis odręczny) Komendant Sali nr 16

W ten sposób zorganizowaliśmy nasze życie na bazie domu studenckiego i rzeczywiście żyliśmy zgodnie z zasadami koleżeńskości, bez sporów i zadrażnień. Męczyło mnie jednak życie w kołchozie, choć na dobrą sprawę dopiero w: „Mrowisku” było jak w Warszawie na Marszałkowskiej (1000 mieszkańców). Ale jednak. Miałem dość wspólnoty w domu dziecka, potem w internacie za licealnych czasów. Potrzebowałem domowej atmosfery. W portierni „Mrowiska” długo wisiał anons o wynajmie mieszkania, ale brak było chętnych. Zniknął z wystawki. Akurat kolega z technicznego (prawie mąż mojej koleżanki z roku) szukał mieszkania, bo nie dostał akademika i waletował, odszukałem więc tę ofertę i zamieszkaliśmy razem. Tanio (150 zł miesięcznie, podczas gdy koleżanki płaciły po 300 zł), blisko, bo przy ul. Kośnego 9 na I piętrze, kulturalnie, bo wynajmująca była pani sędzia sądu wojewódzkiego,wdowa, której dwaj synowie studiowali we Wrocławiu, a trzeci chodził do technikum. Zależało jej tylko, by nie płacić nadmetrażu. Warunki świetne, bez żadnych ograniczeń i obwarowań. Opuszczając pokój nr 16 zabrałem ze sobą regulamin. Nie był już potrzebny, bo i ja przestałem być komendantem sali. Na Kośnego mieszkałem do końca IV roku studiów. Na V roku, jako działacz społeczny dostałem 2-osobowy pokój w „Mrowisku” przy ul. Katowickiej. Stać mnie było na prywatkę. Udzielałem korepetycji, pracowałem jako wychowawca na 1/2 etatu w internacie przyzakładowej Zasadniczej Szkoły Budowlanej Opolskiego Przedsiębiorstwa Budownictwa Przemysłowego w Opolu na 1/2. Miałem stypendium, najpierw państwowe, potem fundowane. To były cudowne lata. Na roku było nas początkowo 88 osób, w tym zaledwie 8 facetów. Zwykle tak na polonistyce bywa. Po I semestrze, kiedy z uczelni odszedł Staszek Rączy, który był starostą roku, zająłem jego miejsce i do końca studiów pełniłem z woli wszystkich tę funkcję. Vicestarościną była Kol. Irena Sikora, obecnie prof. dr hab. Irena Jokiel – dziekan Wydziału Filologicznego i kierownik Katedry Literatury Polskiej Uniwersytetu Opolskiego. Opiekunem roku przez dwa lata była mgr Adela Kozołub-Pryszczewska (używam aktualnych wtedy tytułów naukowych). Po II roku przybył do uczelni z Poznania dr Marian Kaczmarek i przejął opiekuństwo roku do końca naszych studiów. Z końcem listopada 1964 r. pod auspicjami naszej opiekunki roku zorganizowaliśmy wieczorek zapoznawczy. Pani mgr Pryszczewska dogadała się z zaprzyjaźnioną panią magister (nazwiska, niestety, nie pamiętam), opiekunką I roku kierunku technicznego (chyba sami faceci). My mieliśmy załatwioną zastawę stołową z wypożyczalni naczyń, zamówiliśmy lokal, zorganizować menu i muzykę. Udaliśmy się więc do jednego z liceów, by załatwić salę. Uzyskaliśmy zgodę dyrekcji szkoły. Zamówiliśmy napoje, wędliny i inne wiktuały. Niemal w przeddzień szkoła odmówiła nam sali, tłumacząc się awarią instalacji elektrycznej (zbieg okoliczności czy wymówka!?). Zostaliśmy na lodzie. Ktoś nam poradził, by spróbować w Opolskim Przedsiębiorstwie Budownictwa Przemysłowego przy ul. Kośnego. Oni mają ładną salę. Poszedłem z koleżankami do dyrekcji. Uprzejmy dyrektor wysłuchał naszego problemu i bez wahania wyraził zgodę na bezpłatne udostępnienie nam sali. Mieliśmy jedynie zostawić porządek. Impreza była przednia niemal do białego rana. Nad ranem towarzystwo rozeszło się, by odpocząć i dać sobie w komono. Umyte naczynia Zabrano w koszach do akademika. Nasza opiekunka też poszła do domu. Została tylko opiekunka z technicznego i kilka osób dziewcząt i chłopców, by do reszty posprzątać. Zabrakło papierosów. Problem. Miałem kilka paczek fajek na stancji (mieszkałem już na Kośnego). Pani magister nakazała, że mam iść i przynieść. Cóż miałem robić. Poszedłem. Bawiliśmy się dalej w małym gronie. O świcie zachciało nam się kawy. Wszystko posprzątane. Czajnik był, ale nie było kubków, łyżeczek. Była wprawdzie kawa, cukier, ale jak pić? Ktoś wpadł na genialny pomysł. Przecież do kosza na śmieci wyrzuciliśmy słoje po ogórkach konserwowych. Dziewczęta umyły je, i w nich zaparzyliśmy kawę. Posłodziliśmy, a w braku łyżeczek zamieszaliśmy kijami od bilarda. To była najwspanialsza kawa. Pani magister piła ją razem z nami ze wspólnego… słoika. Po kawie rozeszliśmy się do swoich kwater. To był wspaniały wieczorek zapoznawczy. Wspominaliśmy go długo.

Witryna, którą obecnie przeglądasz, wykorzystuje pliki cookies w celu poprawnej realizacji dostarczanych usług i informacji oraz w celach gromadzenia anonimowych informacji statystycznych. Więcej informacji >>

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close