Bronisław Sieczko: Wykadrowane z pamięci

Z Bronisławem Sieczką, wieloletnim członkiem Studenckiej Agencji Fotograficznej przy Wyższej Szkole Pedagogicznej w Opolu, rozmawia Anna Drobina

– Brodacz, który biegał po uczelni z aparatem fotograficznym, utrwalając na kliszy niemal wszystko i wszystkich. Tak Pana, jednego z barwniejszych w latach 70. studentów, wspominają do dziś absolwenci opolskiej Wyższej Szkoły Pedagogicznej. Jak zaczęła się Pana przygoda z fotografią?
– Byłem uczniem szkoły zawodowej, kiedy mama przywiozła mi z Sojuza „Smienę”. W naszej szkole była ciemnia, więc razem z kolegami nie tylko robiliśmy, ale i sami wywoływaliśmy zdjęcia. Z kolejnej wyprawy do naszych wschodnich przyjaciół mama przywiozła radziecki powiększalnik. I takim to sposobem moje zabawy fotograficzne trwały przez cały okres nauki w zawodówce. W technikum byłem głównym fotografem w szkole. Już jako student pierwszego roku zachodziłem do ciemni znajomego harcerza, z którym wspólnie zgłębialiśmy tajniki fotografii.
– Zaczęło się od „Smieny”. A później były inne aparaty…
– „Zorki”, „Start 66”, kolejne „Zenity”… a potem aparaty służbowe: „Praktyki”, „Pentagony”, „Yashiki”.
– W czasie studiów był Pan bardzo aktywnym członkiem Studenckiej Agencji Fotograficznej. Jak wyglądała praca w agencji?
– SAF, w którym działałem najdłużej, jako że najdłużej studiowałem, założyliśmy razem z czterema kolegami. Byli to: Romek Kierkuś, Krzysiek Świderski, Jędrek Leszczyński i Leszek Skubela, szef. A kolejnymi szefami SAF-u byli: Władek Kielar, Maciek Giermakowski, Jasiek Piątkowski, Andrzej Jagiełła. Do wybuchu auli przy ul. Oleskiej, czyli do roku 1971, mieliśmy swoje pomieszczenie pod schodami w gmachu głównym, w skrzydle zajmowanym przez Instytut Fizyki (obok nas miał ciemnię zawodowy fotograf uczelniany – Janusz Fijak). Później przenieśli nas do „Mrowiska”, na tzw. żeńską stronę, gdzie byliśmy do końca. Naszą tradycją było cotygodniowe (zawsze odbywało się to w niedzielę) przygotowywanie serwisu fotograficznego w Klubie „Skrzat” w „Mrowisku”. Zdjęcia do serwisów fotograficznych opisywała nam Danusia Matysiak. Serwisy wieszaliśmy w specjalnej gablocie przed Stołówką nr 7. Olbrzymią liczbę fotografii z festiwali, imprez uczelnianych i studenckich rozdawaliśmy zainteresowanym organizacjom, a z większych wydarzeń (Piastonalia, giełdy piosenki, festiwale piosenki itp.) organizowaliśmy wystawy fotograficzne. No i były jeszcze „niedzielne dziewczyny”… Przez cały czas fotografowaliśmy ładne dziewczyny – najbardziej aktywny na tym polu był Jędrek Leszczyński. Potem wybieraliśmy najładniejsze zdjęcie i umieszczaliśmy je w naszym serwisie. Oczywiście, najlepsze zdjęcia dziewczyn robiłem ja. SAF to była dobra szkoła. Jędrek Leszczyński i Mira Petters otwarli własną działalność fotograficzną i filmową, Krzysiek Świderski poszedł do Centralnej Agencji Fotograficznej, Andrzej Jagiełła do Trybuny Opolskiej, ja pracowałem w fotografii następne paręnaście lat.
– Gdzie są teraz te wszystkie zdjęcia?
– Niestety, te fotografie nigdy nie były archiwizowane. Nie wiem, gdzie są, czasem docierają do mnie jakieś pojedyncze egzemplarze, niektóre widuję w „Indeksie”, więc chyba rozproszyły się po świecie. Szkoda.
– Czy któreś ze zdjęć utkwiło Panu szczególnie w pamięci? Z któregoś był Pan szczególnie zadowolony?
– Dla mnie każde zdjęcie miało swoją wartość i właściwie interesowało mnie do momentu zrobienia odbitki. Najbardziej lubiłem robić zdjęcia z wydarzeń, kiedy coś się działo – z zaskoczenia, niepozowane. Szczególnie pamiętam zdjęcie z pamiętnej obrony pracy doktorskiej Edmunda Osmańczyka, 4 czerwca 1975 r., podczas której doktorant z nerwów podarł na strzępy goździk – co udało mi się uwiecznić. Nie zapomnę również fotografii robionych bezpośrednio po głośnym – w sensie dosłownym i społecznym – wybuchu auli. Była noc z 5 na 6 października 1971 roku. Waletowałem wtedy w „Mrowisku”. Ze snu wyrwał mnie potężny huk. Za oknem rosła wielka chmura pyłu, z której leciały deski. Szybko wskoczyłem w robocze ciuchy (miałem takie, bo pracowałem w spółdzielni studenckiej) i pobiegłem na uczelnię. W środku pełno gruzu, kurzu, potłuczonych szyb… Przerażona portierka biegała po korytarzu, coś powtarzając w kółko… Sama aula wyglądała jak złożony domek z kart. Rzędy krzeseł powpadały gdzieś pod podłogę. Zrobiłem wtedy trochę zdjęć – jako pierwszy, zaraz po samym wybuchu. Drugą rolkę zdjęć skonfiskowała mi milicja, pierwszą zdołałem ukryć.
– Zawiódł kiedyś sprzęt przy uwiecznianiu ważnego wydarzenia?
– Zdjęcia z ważnych uroczystości albo przeznaczone dla kogoś z uczelni czy dla jakiegoś gościa robiliśmy zwykle dwoma aparatami, na wszelki wypadek. Później wybierało się te lepsze, aby komuś je dać lub wysłać. „Zenit” był aparatem niezawodnym, wytrzymywał wszystko, ale raz stanął przy temperaturze minus 30°C.
Zdarzyło się jednak, że miałem przy sobie tylko jeden aparat – pożyczonego od kolegi „Pentacona”. A wydarzenie zasługiwało na dwa. Studiowały wtedy na WSP trzy siostry – wszyscy mówili na nie „Słomy”, już nie pamiętam, dlaczego… I właśnie średnia „Słoma” wychodziła za mąż, a ja miałem to wydarzenie uwiecznić na zdjęciach. Ślub odbywał się w mieście powiatowym na ziemi lubuskiej. Po ślubie cywilnym aparat fotograficzny odmówił posłuszeństwa. Z pomocą przyszedł mi ojciec panny młodej – komendant milicji. Pojechaliśmy razem do jego pracy, czyli na miejscowy posterunek, pożyczyć służbowy aparat małoobrazkowy. Niestety, funkcjonariusz obsługujący ten aparat akurat pojechał na ryby, a klucza do szafy, w której przechowywał sprzęt, nie zostawił. Ale ojciec średniej „Słomy” nie poddał się – ściągnął na posterunek miejscowego włamywacza. Ten kazał nam wszystkim wyjść, po czym otworzył szafę. Całkiem jak w filmie Ewa chce spać. Ale znów pojawił się problem. Nie mogłem zrobić zdjęć, bo miałem przy sobie tylko szerokie filmy. W związku z tym służbowym gazikiem ojca panny młodej pojechaliśmy kupić odpowiedni film do miejscowego fotografa. Ten był oczywiście wściekły, że to nie on robi ten ślub. W końcu za mąż wychodziła córka miejscowego komendanta milicji! A ja go jeszcze postraszyłem: – Jak nam choć jedno zdjęcie nie wyjdzie, to pan wie, co panu zrobi komendant. Komendant nie musiał nic robić, wszystkie zdjęcia wyszły.
– Kto z WSP szczególnie lubił być fotografowany?
– Staszek Nicieja. Niewiarygodnie dużo robił, wszędzie się udzielał, ale zawsze pilnował swoich zdjęć i zdjęć z ważnych imprez – dlatego ma takie archiwum. Było jeszcze kilka osób, wszak robiliśmy najlepsze zdjęcia. Jednak przeważnie słyszałem: Niech pan nie robi, bo ja nieładnie wychodzę na zdjęciach albo: Taka niefotogeniczna jestem. A my i tak robiliśmy swoje. Była impreza na uczelni – trzeba było ją sfotografować i koniec.
– Status safowskiego fotografa pewnie ułatwiał kontakty z dziewczynami?
No pewnie. A trzeba podkreślić, że życie studenckie wtedy było pod kontrolą. Akademik był podzielony na części: męską i żeńską. A między nimi była słynna ściana cnoty. Mężczyźni, żeby przejść na stronę żeńską, musieli zostawić na portierni dowód osobisty i o godz. 22 wyjść od dziewczyn. Ale jakoś sobie radziliśmy, mimo tych niesprzyjających warunków. Po prostu, byliśmy inteligentnymi, wyjątkowo przystojnymi mężczyznami otwartymi na wszystko.
– A po studiach dalej zajmował się Pan fotografowaniem?
– Na kochanej WSP studiowałem siedem albo osiem lat. Jak wyleciałem ze studiów, z powodu niezaliczenia szkolenia wojskowego, to zamiast do wojska, poszedłem (jako absolwent technikum górniczego) do pracy do kopalni. Zdjęcia robiłem cały czas. Przypadkiem spotkał mnie kierownik działu kadr opolskiej WSP i zapytał: – A nie chciałby pan zostać fotografem w Instytucie Chemii? Pewnie, że chciałem. Później zostałem technikiem ds. audiowizualnych w Instytucie Historii i miałem własną ciemnię w „Kmicicu”. I tak minęło kilkanaście lat. Nie wiem, ile tysięcy klatek w tym czasie zrobiłem, dziennie pewnie ze trzydzieści. Teraz też robię zdjęcia, ale zdecydowanie mniej.
– Jakiego aparatu dziś Pan używa?
– Mam z piętnaście zabytkowych aparatów fotograficznych. Najczęściej używam starożytnej „Agfy” – jednego z pierwszych aparatów cyfrowych. Ale nie mam do cyfrówek specjalnego nabożeństwa – dziś każdy, kto posiada jakikolwiek aparat cyfrowy, uważa siebie za fotografa, a przecież dobre zdjęcie to naprawdę nie zasługa elektroniki.
– Mógł Pan studiować kierunek spokrewniony z fotografią. Dlaczego wybrał Pan fizykę? 
– Fizykę studiowałem na WSP przez prawie osiem lat, w tym rok na Uniwersytecie Wrocławskim. Uważam, że jest to jedyny kierunek warty studiowania przez mężczyzn. Wszystko zaczęło się w szkole średniej. Pani od fizyki, u której robiłem za największego matoła, pod koniec roku szkolnego powiedziała, że kto chce, może zdawać na wyższy stopień. Zgłosiłem się, chciałem poprawiać na piątkę. Umiałem. Wyłożyłem jej książkę litera w literę, po czym pani zapytała klasę: – Co mu dać? – Pionę! Pionę! – wszyscy krzyczeli. Postawiła mi tróję. Byłem wściekły, że można komuś tak zohydzić ten przedmiot. I z tej wściekłości i z przekory poszedłem studiować fizykę na WSP w Opolu i zdałem za pierwszym razem.
– To jak to się stało, że nie skończył Pan studiów?
– Wtedy było wiele ważniejszych spraw niż nauka. Więc nie uczyłem się, ale studiowałem. Oprócz pracy w Studenckiej Agencji Fotograficznej działałem w Klubie Podwodnym „Manta”, byłem członkiem sekcji strzeleckiej AZS, sekcji pływackiej AZS, Akademickiego Klubu Narciarskiego i Akademickiego Klubu Żeglarskiego, a także operatorem w Klubie Filmowym „Cyklop”. Zostałem nawet kiedyś szefem wyszkolenia narciarskiego Klubu Wędkarskiego na zimowym obozie w Krościenku-Szczawnicy…
– Jak wspomina Pan czasy studenckie?
– Z wielką radością i dużym żalem, że tak krótko wszystko trwało. Było fotografowanie, byli kumple, dziewczyny… Wyjazdy na narty, basen, nurkowanie, wyprawy do Bułgarii, imprezy kulturalne. To były czasy! Wtedy trawa była bardziej zielona, krowy dawały więcej mleka, no i… dziewczyny były bardziej życzliwe. A państwo polskie hojne. Wystarczyło chcieć i coś robić.. Jak działaliśmy w SAF-ie, to nikt nas z niczego specjalnie nie rozliczał. Mówili: – Robicie dużo i dobrze. Należy się wam. A czy teraz ktoś dałby nam pomieszczenie i sprzęt na słowo honoru?
– Któregoś z wykładowców wspomina Pan najmilej?
– Bardzo miło wspominam profesora Jana Heffnera z fizyki doświadczalnej. Wykładał tak, że wszystko można było zrozumieć. Ale był też magister Młynarczyk. Miałem z nim zajęcia z języka francuskiego. Poszedłem do niego na kolokwium (a nie byłem zbyt namolnym studentem, jeśli chodzi o częstotliwość pojawiania się na zajęciach) i oczywiście je oblałem. Pod koniec semestru magister powiedział: – Przyjdzie pan do mnie pojutrze, nauczy się tego i tego, i zda. Poszedłem zdawać. Zdałem na trzy Przeglądnął potem pożyczoną książkę z francuskiego i zdziwił się bardzo, że wcale nie jest popisana. Powiedziałem, że przecież pożyczona. Dostałem plus, bo trzy już wpisał. Później francuski miałem z miłą, młodą panią na Uniwersytecie Wrocławskim, którą zaciekawiło, kto wcześniej uczył mnie tego języka. – A tak, pamiętam pana Młynarczyka z sympozjum – usłyszałem we Wrocławiu i znów był wpis. Po roku wróciłem na WSP, trafiłem do magistra Młynarczyka. – Z kim pan miał francuski? Powiedziałem: – Z prześliczną panią, która pamięta pana z sympozjum. Rachunek był prosty: trzy razy miałem wpis z francuskiego, ucząc się dwa dni. W tym raz na prawach egzaminu.
Nie zapomnę także pani magister z fizyki, która teraz jest nadal naukowcem. W związku z tym, że miała malutkie dziecko, poszedłem, razem z koleżankami, zaliczać przedmiot do niej do domu. Był jeden problem: ktoś musiał w trakcie tego zaliczania zająć się maluchem. Moje koleżanki w panice odmówiły. A że ja miałem wprawę, bo zajmowałem się przez pół średniej szkoły małą bratanicą, zaopiekowałem się niemowlęciem. Tak skutecznie, że wieczorem, jak już wszyscy poszli, pani magister znalazła mnie śpiącego na podłodze w drugim pokoju z butelką mleka w ręku i dzieckiem pod pachą. Ćwiczenia z fizyki zaliczyłem.
-Dziękuję za rozmowę.
-A ja dziękuję za okazję do powrotu do tych pięknych czasów.

Wywiad został zamieszczony w czasopiśmie uniwersyteckim INDEKS (listopad-grudzień 2008)