Andrzej Bohdziewicz: „Maluchem” na Czarny Ląd

Andrzej Bohdziewicz z dyplomem technika mechanika ze szkoły średniej rozpoczął stu­dia na wydziale matematyczno-fizycznym WSP w Opolu w roku 1958. Zawsze miał ciągotki do mechaniki, ale również do matematyki i fizyki. Czasy studenckie wspomina jako niezwykle ciekawe: miesz­kaliśmy, jak sądziliśmy wówczas, bardzo wygodnie, po czterech w pokoju, a zaścielone kocami łóżka doda­wały uroku i tak już przyjaznej atmosferze. Na środku stół i cztery krzesła. Akurat do gry w brydża, ale nie tylko, bo trzeba było też się uczyć. Akademik stano­wił samowystarczalną oazą z wiktem i opierunkiem na miejscu… Czas wolny studenci fizyki lubili spędzać w Turawie, gdzie mogli wiosną i latem żeglować po jeziorze, zdobywając pierwsze żeglarskie szlify; zimą zaś, gdy był lód, uprawiali sporty bojerowe. Z kadry naukowej Andrzej najmilej wspomina pana Wojciecha Dindorfa z pracowni fizycznej, który wymagał umiejęt­ności i dokładności, ale przede wszystkim poprawności myślenia i rozumowania. To on zaszczepił w nich ideę biegłego opanowania języka angielskiego lub francu­skiego i wyjazdu gdzieś daleko w świat. Ta wizja dzia­łała na wyobraźnię, szczególnie w kraju odizolowanym od świata, jakim była PRL. Pięć lat studiów minęło jak piękny sen. Ostatnie egzaminy, obrona pracy magister­skiej u profesora Zbigniewa Sidorskiego i pożegnanie z uczelnią i kolegami.

Rozpoczął pracę w technikum we Wrocławiu. Szyb­ko został dyrektorem, ale doszedł do wniosku, że to nie jest to, co chciałby robić do końca życia. Zdecydował się na studia doktoranckie we wrocławskim Instytu­cie Niskich Temperatur i Badań Strukturalnych PAN. Bardzo ciekawa praca: badanie zjawisk nadprzewodni­ctwa. Obronił pracę doktorską i kontynuował badania naukowe. Marzył o rejsie dookoła świata, ale musiał się zadowolić żeglowaniem po Morzu Bałtyckim i Morzu Północnym. Musiał też myśleć o zapewnieniu egzystencji rodzinie, jako że żona – także fizyczka z wykształcenia i nauczycielka z zamiłowania – nie zara­biała wiele. Więc wakacje spędzał na saksach. Maluch kosztował w tym czasie 50 jego pensji. Udało się! Ku­pił! To był wóz! Pomarańczowy! Wszyscy podziwiali – wzmocnione hamulce, ogrzewaną szybę. Tym można było zacząć podbijać świat. Od kolegi lekarza z klubu żeglarskiego dowiaduje się o wyjeździe na misję do Nigerii. Wtedy przypomniał sobie słowa pana Wojtka Dindorfa. Postanowił wyjechać.

Po kilku miesiącach otrzymał informację, że nowo powstały University of Maiduguri zatrudni fizyka w charakterze wykładowcy. Zaczął ubiegać się o pracę w Nigerii. Przysłano mu kontrakt do podpisania na dwa lata, i to w trybie pilnym. Trzeba więc było szybko załatwiać paszport, wizy, pieniądze i szlifować język angielski. Do swego kochanego fiacika postanowił załadować wszystko, co mu się przyda w Afryce, a więc garnki, pościel, ubrania, literaturę naukową i beletrystyczną styczną magnetofon i taśmy.

Jest rok 1980. Strajki. Statek spóźnia się. Minęły dwa tygodnie, nim wypłynął. Towarzyszem podróży  był Piotr, syn owego znajomego lekarza, lekarka okulistka jadąca do tej samej miejscowości i czworo innych pasażerów. W czasie rejsu szukali na pokładzie ryb latających, które trafiały na patelnię kucharza, Andrzej wykorzystywał czas, organizując ciemnię fotograficzną salkę kinową czy prowadząc zamiast oficerów wykłady. Długie rozmowy z marynarzami o życiu na morzu i tęsknocie za domem i rodzinami.

Po drodze Wyspy Kanaryjskie, z krótkim postojem, celem uzupełnienia zapasów i za kilka tygodni są w Nigerii. Pada pytanie: kiedy wchodzą do portu? Odpowiedź była prosta: jutro lub pojutrze. Tymczasem stali pełne dwa miesiące. Na redzie ponad 40 statków czekało na wejście i rozładunek w porcie. Pierwszeństwo miały te wiozące żywność. Taka bezczynność podczas postoju, w ostrych promieniach słońca rozgrzewających stalowy pokład niemal do czerwoności, rozgrzewała również umysły marynarzy. Często dochodziło do kłótni, a nawet bójek. Wspaniale gotujący kucharz (przedtem pracował na „Batorym”) omal nie został zlinczowany tylko za to, że kiełbasa w żurku była pokrojona w kostkę, a nie skośnie. Wtedy przydałby się psycholog.

Kiedy statek stał na redzie, Andrzej wypływał szalupą do miasta, odwiedzał polskie statki, zawierając nowe znajomości. Już wtedy przekonał się, że uciążliwe za ułatwianie formalności celnych, straszne łapówkarstwo, konieczność mozolnego wydeptywania ścieżek urzędo­wych. sprzedaże biletów na nieistniejący samolot – to obraz Afryki, do którego będzie musiał przywyknąć.

W końcu statek wpłynął do portu. Z Port Harcourt do Maiduguri jest prawie 2 tysiące kilometrów. Jedzie swoim fiacikiem, a dacią podąża za nim okulistka. Po drodze odwiedzają w Enungu lekarza – Nigeryjczyka ożenionego z Niemką, Marianną. Okazały dom z ogrodem, dwie ładne córki, nastolatki. Korzystając z ich gościnności, zostają na noc (a noc pod równikiem zapada bardzo szybko). Na kolację gospodarze podają afrykańskie potrawy: smażone plantainy, niesłodkie banany i inne nieznane im wiktuały. Zdumienie Polaków było ogromne, gdy córki gospodarzy wbiegły do salonu, błyskawicznie rozebrały się do naga i nagie zasiadły do stołu. Przy śniadaniu sytuacja się powtórzyła. Było to dla nich zjawisko kuriozalne. Okulistka nie wytrzymała i zaczęła wypytywać Mariannę o lokalne zwyczaje, nawiązując do negliżu panienek. Odpowiedź gospodyni była zaskakująca: Przecież one się upaprzą podczas jedzenia, będę musiała prać ich sukienki, a tak to wy, kąpią się i już!… Podróż trwa dalej. Drogi w Nigerii miejscami są bardzo dobre, a miejscami tak wyboiste i dziurawe, że cały maluch by się w nich zmieścił. Trafiają na zarwa­ny most. Stojący obok ludzie zaniemówili ze zdziwie­nia. gdy zobaczyli samochodzik Polaków. Są uczynni, chwycili fiacika razem z kierowcą i przenieśli na drugi brzeg. Do Maiduguri Andrzej dotarł 23 grudnia. Trzy miesiące spóźnienia.

Na miejscu okazało się, że campus uniwersytecki to wycięty w buszu pro­stokąt o bokach 3×4 kilometry, poło­żony za miastem, ogrodzony wysokim płotem z kilkoma bramami wjazdowy­mi, ze szlabanami i policją uniwersy­tecką. Wewnątrz szereg budynków, amfiteatralnych sal wykładowych, la­boratoriów, gabinetów dydaktycznych, domów studenckich i mieszkalnych dla pracowników uczelni. Reprezentowa­ne są wszystkie podstawowe wydziały uniwersyteckie z medycyną włącznie. Od profesora w Departamencie Fizyki dowiedział się, że semestr jesienno-zimowy dobiega końca, a letni zaczyna się w marcu. Ucieszył się, bo miał więcej czasu na przygotowanie wykładów, a mieszkanie w hotelu z je­dzeniem zapewnione. Nadeszła Wigilia. Tak ją opisał: Pojechałem na pasterkę maluchem i zaparkowałem pod kościołem. To był szok dla lokalnej Polonii, która w tym czasie liczyła kilkadziesiąt osób. Zdziwienie ogromne, jak można było tym samochodem tutaj dotrzeć. Paster­ka długa, odprawiana w dwóch językach angielskim i hausa tak zmęczyła niektórych, że modlili się głośno chrapiąc. Menedżer hotelu — Anglik przygotował nam bardzo uroczystą wigilijną kolację, którą z konieczności kończyliśmy o świcie. Były wyjątkowe frykasy i zero alkoholu. Hotel muzułmański. Dobrze, że miałem scho­waną butelkę wyborowej.

Rozpoczął pracę na uniwersytecie. Wykładowcami byli ludzie o różnych kolorach skóry z bardzo odległych stron świata. Poznawali się wzajemnie, byli ciekawi, jak odbiorą ich studenci. W zasadzie nie było proble­mów, ale zdarzały się sytuacje zabawne, gdy angielska wymowa Andrzeja odbiegała od lokalnej angielszczy­zny. Dobrze, że były to wykłady z fizyki, a nie filologii angielskiej. Poziom wiedzy studentów był porażająco niski – student np. skończył szkołę średnią, a nie wi­dział termometru, nie potrafił zmontować najprostsze­go obwodu elektrycznego, lecz wyniki 30 ćwiczeń znał na pamięć. Po przepracowaniu jednego semestru An­drzej postanowił sprowadzić do Nigerii żonę Elżbietę i córkę Izabelę. Czekał na nie dom z trzema sypial­niami i dwoma łazienkami, wygodny pokój dzienny, jadalny i kuchnia. Pisał o nim tak: Dom był otoczony ogrodem, w którym rosły egzotyczne krzewy i kwiaty. Pora deszczowa trwała krótko, dwa do trzech miesięcy z niewielką ilością opadów. Było prawie zawsze sucho i utrzymywanie roślin wymagało ciągłego podlewania dość deficytową wodą. W utrzymaniu domu i ogrodu pomagali nam boys. Houseboys zajmowali się utrzy­mywaniem czystości w domu – o czym można by dużo opowiadać, bo rotacja była duża. Antonio był naszym gardenboy przez 5 lat. Był to niezwykle sympatyczny młody człowiek, który jednocześnie pracował w barze na campusie uniwersyteckim. Utrzymywał porządek wokół domu, podlewał krzewy zgodnie z zaleceniami – po dwie minuty każdy krzaczek. Miał zegarek i do­kładnie przeprowadzał gumowym wężem podlewanie. Pewnego razu zauważyliśmy, że mimo braku wody w kranach Antonio skrupulatnie podlewa krzaczki, mie­rzył dokładnie czas i przenosił pod następny krzaczek wąż, z którego nie wyciekała najmniejsza strużka wody. „Podlał” je wszystkie… Najlepszym środkiem do my­cia samochodu okazał się proszek Omo. Antonio był w swoim żywiole, gdyż woda i proszek powodowały ob­fitą pianę, a to że lakier stał się matowy i drzwi skoro­dowały od nadmiaru czystości, nie miało znaczenia.

Ela z Izą szybko przystosowały się do nowych wa­runków życia. Zaopatrzenie było dobre jak na ówczes­ne wymagania. Wszystko importowane z Chin, Wiel­kiej Brytanii czy Indii za petrodolary. Targowanie się było podstawą zawarcia transakcji. Często uciążliwe, ale konieczne. Market odwiedzali raz w tygodniu, żeby uzupełnić zakupy żywnościowe. Sprzedawana tam była również wołowina, wielbłądzina, kozina i baranina… Również sprzedawane były małe gryzonie przypomina­jące szczury – dodawały kolorytu tej części marketu… Niełatwo było kupić kawałek mięsa. Najpierw trzeba było spędzić muchy, obejrzeć, a następnie przystąpić do targu. Mięso było smaczne, bo przecież chowane w sposób naturalny, ale suche i twarde.

Gotowali je w szybkowarach i to dość długo. Ze względu na różne zagrożenia, w tropiku żywność mu­siała być poddawana obróbce termicznej. Musieli ra­dzić sobie z tym nieźle, skoro przez pięć lat nie złapali żadnej poważnej choroby tropikalnej. Po świeże wa­rzywa jeździli nad pobliskie jezioro, które wypełniało się wodą tylko w porze deszczowej. Uprawiano tam praktycznie wszystkie znane nam warzywa, a wodę pompowano z jeziora wszelkimi sposobami, by na­wodnić obszary ziemi uprawnej. Zakupy były atrakcją dla żony i córki Andrzeja, które ze strachu przed wężami wkładały buty z cholewka­mi. Białe kobiety wzbudzały ogólną cie­kawość wśród miejscowych – Murzynki podchodziły i delikatnie szczypiąc je w ramiona, sprawdzały, czy rzeczywiście pokryte są skórą.

Na targowiskach było też wiele wyro­bów lokalnych, m.in. pięknie, ręcznie bar­wionych materiałów bawełnianych, który­mi Europejki były oczarowane i stroiły się w nie bardzo chętnie. Z konieczności cała rodzina nauczyła się trochę języka hausa, co ułatwiało kontakty i zjednywało sympa­tię tubylców. Izabelka przyjechała do Afry­ki po skończeniu 4. klasy szkoły podsta­wowej we Wrocławiu. W Nigerii musiała się więc najpierw nauczyć angielskiego, a potem zdawać egzaminy w polskiej szkole przy Ambasadzie PRL w Zarii (z Maiduguri do Zarii było około 850 kilometrów).

Przygotowanie się do zajęć, załatwianie spraw urzę­dowych, dbanie o zaopatrzenie, reperacja samochodu (zamienił fiacika na ładę) pochłaniało Andrzejowi niemało czasu, ale nie rezygnował z wycieczek po okolicy – nad wodospad Jaffi Waterlfall, na safari w rejon jeziora Czad, gdzie podróżowali lokalną dłuban­ką wyposażoną w silnik o mocy 25 KM, co pozwa­lało na pokonywanie sporych odcinków zanikającego jeziora. Wszędzie rozciągały się płycizny porośnięte hiacyntami i papirusami. Kilkaset kilometrów od Mai­duguri znajdował się duży rezerwat Jankari. Przepiękne miejsce pełne dzikiej zwierzyny, przyzwyczajonej do obecności turystów.

Jest rok 1984. Nigeryjscy studenci zaprotestowa­li przeciwko marnym warunkom bytowania w domach studenckich. Władze uniwersyteckie poczuły się urażone i wyrzuciły kilku z nich z uczelni. Wte­dy zawrzało. Wybuchały pożary. Podpalono samo­chody należące do władz uczelni, rektor salwował się ucieczką, spalono jego dom, a nawet klub, w którym – nawiasem mówiąc – wspomniany wyżej Antonio był barmanem. Po kilku miesiącach pod­liczono straty, rozpoczęły się nowe zapisy studen­tów na uczelnie, zajęcia przedłużyły się o wakacje.

Tymczasem Elżbieta, żona Andrzeja, ciężko zacho­rowała i trzeba było pilnie wracać do Polski – czekała ją operacja. Andrzej musiał rozwiązać kontrakt, na co uczelnia nie chciała się zgodzić. Nie mogli zrozumieć: dlaczego chce wracać do Polski? Z powodu kobiety? Radzili mu wziąć nową i zostać. W końcu musiał ofi­cjalnie przerwać kontrakt i likwidować całe pięciolet­nie gospodarstwo. Pół roku wcześniej postanowił kupić nowego mercedesa w fabryce w Stuttgarcie. Załatwił na ten czas wizę do RFN. Czekał na wyjazd, odpoczy­wając na basenie, robiąc ostatnie porządki. Niespodzie­wanie dowiaduje się od spotkanego Polaka, że za kilka dni wzrastają kilkakrotnie cła na samochody przywo­żone do Polski. Natychmiast chwycił bagaż podręczny i znalazł się na lotnisku. Tysiące ludzi oczekiwało na samoloty, które ze względu na pustynny wiatr od trzech dni nie startowały. Kilka setek łapówki, nieustanne pil­nowanie swojej kolejki, w końcu udało mu się znaleźć wśród sześciu pasażerów lecących z Lagos do Londy­nu, skąd leci do Stuttgartu, załatwia formalności i od­biera upragniony samochód. Zdążył na czas, nie oddał fiskusowi ciężko zapracowanych pieniędzy.

Po powrocie do Polski wrócił do pracy w instytucie, a następnie w przemyśle. Córka Iza ukończyła szkołę średnią we Wrocławiu i wyjechała na studia do Kana­dy. Tam już pozostała na stałe. Teraz spotykają się z wnukami w Polsce lub Kanadzie.

Autor: Cecylia Ławniczak-Bohdziewicz